sobota, 5 maja 2018

Spełnione marzenie | Od piwnicy do studio makijażowego | Metamorfoza

   Wreszcie nadszedł czas, kiedy mogę pochwalić się moim zrealizowanym marzeniem! Mam swoje Studio! Już wręcz nie mogłam się doczekać, by Wam to wszystko pokazać! Szczerze powiedziawszy, to sama nie spodziewałam się takiego efektu :) Niby nie tak wiele, ale jednak elegancko i tak... po mojemu. Zresztą wszystko Wam opiszę, bo z Instagrama wnioskuję, że jesteście bardzo ciekawi jak to wszystko sobie zorganizowałam. 
   Od początku...
Wykupując mieszkanie w moim domu rodzinnym po mojej cioci wiedziałam, że oprócz samego mieszkania, w skład własności wchodzi też jeden pokój w piwnicy. Musicie jednak wiedzieć, że dom postawiony jest w stromej górze tak, że piwnica w połowie jest całkowicie pod ziemią, a z drugiej jest średnim parterem. I właśnie  w tej komfortowej stronie był pusty pokój-składzik, który od razu w mojej głowie zaświtał jako wymarzone Studio, w którym nie tylko będę ćwiczyć makijaże, ale też tworzyć posty na bloga, może nagrywać i najzwyczajniej w świecie pracować. Był tylko jeden kłopot... drzwi od strony piwnicy. Średnio, ale do zrobienia. Początkowo (po wysprzątaniu i zdarciu całej farby ze ścian) wyglądało to tak:
Przerażająco? Może troszkę. Pokój ma około 4x3 m, więc pole do popisu jakieś tam było, ale pojawiły się dwa problemy: po pierwsze - podłoga krzywa jak diabli (w końcu to jednak piwnica) i dwa - mur między pokojem, a korytarzem wejściowym ma około 30 cm, a mur zewnętrzny około 40 cm. Powiększanie okna odpadło na starcie, ale za to wymiana na jedno-kwaterowe (?) miała być dobrym rozwiązaniem. Drzwi jednak nie można było przeskoczyć, więc wykuwali je przez cały dzień ciężkim sprzętem, bo okazało się, że to beton wzmacniany kamieniami i głazami. No cóż... 
Bez wylewki też się nie obyło, więc trzeba było podłogę w miarę wyrównać i zamówić ekipę. Plusem tego pomieszczenia była doprowadzona woda, więc żal było nie wygospodarować w pokoju toalety w wymiarze 1x1,5 metra. Co prawda nie mam tam jeszcze drzwi, bo firma przełożyła termin, ale tymczasowa zasłona musi mi wystarczyć. Jest okej :)
 
 
 
 
Wygląda lepiej? No to teraz uważajcie, bo będzie efekt końcowy! 

Lista rzeczy z pokoju wraz z linkami, choć post nie jest sponsorowany:
Dajcie koniecznie znać jak Wam się podoba! :D
Ja bym mogła stamtąd nie wychodzić!
Dziękuję tym, którzy pomagali przy tworzeniu mojego miejsca w świecie! 
Czytaj dalej »

czwartek, 26 kwietnia 2018

Kupiłam przez Youtube | Jak najpierw żałować zakupu, a później się zakochać? | Chocolate Gold

   Każdy to robi! Może nie każdy się przyznaje, ale robi to! ... bo kto nie kupił czegoś skuszony recenzjami w Internecie, niech pierwszy rzuci kamieniem! Mnie też się to zdarza nader często. Kilka razy się nacięłam, a kilka razy zakochałam się w produktach bardzo mocno. Z tą paletą było jednak trochę inaczej... 
   W Too Faced, Chocolate Gold zakochałam się od razu jak ją zobaczyłam. Jej wygląd jest po prostu przepiękny! W swojej próżności uważałam, że warto ją mieć choćby dla samego jej wyglądu (nie pytajcie! :D). Później zobaczyłam ją w recenzjach u Małgosi Smelcerz i Klaudii Kopacz no i nie miałam już wyjścia. Zapisałam na wishliście i wiedziałam, że naprawdę bardzo mocno jej potrzebuję. Moja wewnętrzna sroka nie dawała mi zbytnio jednak żyć, więc wysnupałam zaskórniaki i ją kupiłam. Czy było warto?
   Wrażenie na żywo było jeszcze lepsze niż w Internecie. Porządna paleta - tym razem z grubego plastiku, a nie metalowa jak wcześniejsze, która dodatkowo została wzbogacona o większe lustro. Wygląd - obłędny! Ciemna tabliczka czekolady opływająca złotem. Nie powiem, tutaj mogłabym powiedzieć, że pomysł został zaczerpnięty z palet MUR, ale ta wersja podoba mi się zdecydowanie bardziej! W drogerii sprawdziłam też jej pigmentację, konsystencję i szczęśliwa wróciłam do domu. 
Piękna, prawda? Cztery maty - w tym pięknie napigmentowana czerń (może nie jak Affect, ale przyzwoicie), jasny brąz, ciemniejszy brąz i na plus dużu beż, a także 12 metalicznych kolorów. Cudna i tyle! Oczywiście pachnie czekoladą, co jest bardzo charakterystyczne dla tych palet Too Faced. I to by było na tyle. Wszystko pięknie, ładnie, miód orzeszki, ale... Miałam takie wrażenie, że fajna, ale nie wiem czy to jest takie 'must have'. Trochę poniekąd nawet żałowałam tych wydanych pieniędzy, ale... wszystko się zmieniło, gdy zaczęłam używać jej częściej i wykorzystałam ją na moich klientkach. 
Okazało się, że ona jest totalnie samowystarczalna w pracy. Kontur oka budujesz matami, następnie palcem wklepujesz cień metaliczny i właściwie efektowny makijaż zrobiony. Błyszczy się, mieni, podkreśla oko i dodaje makijażowi elegancji. Możesz nałożyć szalony róż, bądź zgaszone złoto i makijaż wygląda pięknie! Praca z matami jest naprawdę przyjemna. Rozcierają się do idealnej chmurki na oku przy bardzo małym wysiłku. Pigmentacja jest bardzo zadowalająca. Cienie możemy dokładać i potęgować efekt nie robiąc plam i dziur. Metaliki najlepiej wyglądają nałożone palcem. 
Idealnie. Złota, fiolety, zgaszone róże, cudowna zieleń w towarzystwie uniwersalnych matów. Moimi ulubieńcami są oczywiście maty i: Classy&Sassy, Gold Dipped, Love&Cocoa i ten piękny róż New Money. Ach! Nie mogłabym pominąć jeszcze Rich Girl! Przepiękne! I tak od 'meh!' przeszłam do miłości! Dodatkowo jest to paleta dla osób, które w jednej palecie lubią mieć klasykę połączoną z szaleństwem! Błysk na oku jest ostatnio w trendach i myślę, że zbyt szybko się to nie zmieni :D 
Wpis nie jest sponsorowany, ale możecie kupić ją tutaj: klik. Dodatkowo teraz do 29 kwietnia 2018 kupicie ją i wszystkie inne kosmetyki do makijażu 20% taniej z kodem MUPB418. 

Podoba Wam się ta paleta?
Mieliście z nią do czynienia?
Czytaj dalej »

wtorek, 17 kwietnia 2018

Must Have | Nabla, Dreamy | Czy faktycznie jest warta zachodu?

   To jest po prostu niemożliwe! Tę paletę mam już tak długo i jeszcze jej tutaj nie było. Paleta, która wyprzedaje się w momencie. Jest i nie ma! Gdy pojawiła się przed Świętami Bożego Narodzenia nie potrzebnie się zawahałam i musiałam na nią czekać aż do lutego... Czy było warto? Zaraz wszystko Wam napiszę! 
Paleta po pierwsze jest przepiękna! Ma idealne gwiezdne opakowanie, które urzeka swoim wyglądem. Jest do tego bardzo solidnie wykonana z porządnego kartonu. W środku znajdziemy aż 16 cieni w odcieniach zarówno neutralnych jak i burgundach i fioletach:
Niewypałem w tej palecie jest odcień 'delirium' (ostatni w pierwszym rzędzie). Sypie się niemiłosierne i niewiadomo jak go nałożyć, bo po prostu się nie lepi. Pozostałe są rewelacyjne! Szybko się blendują, łatwo dokładają, nie dziurawią, nie plamią. Maty są aksamitne, a metaliczne bardzo masełkowe. Pracuje się z nią bardzo przyjemnie. Nie ma też problemu z łączeniem jej z cieniami z innych marek. Lubią się ze wszystkimi jakie mam. Brakuje w niej jedynie beżu i czerni, no ale nie można mieć wszystkiego. Dla mnie jest to jedna z najładniej skomponowanych palet. 
   Zrobisz nią zarówno makijaż dzienny, jak i wieczorowy. Kolory będą pasować zarówno niebieskookim, zielonookim jak i brązowookim. Jeżeli boisz się używać kolorów w makijażu, to ta paleta jest dla Ciebie! Dołożysz do dzienniaka troszkę borda 'senorita' lub nałożysz na środek metaliczny 'rose gold' i Twój makijaż zdecydowanie nabierze wiosennej świeżości. 
Cena tej palety to około 160 zł. Aktualnie się trochę uspokoiło i można ją dostać na Cocolita (stan na 17.04.2018). Czy to dużo? Pomyślmy... jeden cień Nabli kosztuje około 35 zł, tu mamy ich 16. Matematyka jest prosta - jasne, że się opłaca! Dodatkowo słyszałam, że w porównaniu do wkładów, to cienie w palecie są petardą! Znacznie lepszą jakością. Ja tego namacalnie nie wiem, ale wiem, że tak paleta jest naprawdę świetna!
Skusiliście się na nią?
Co o niej myślicie?
Nabla szykuje kolejną paletkę - nie mogę się doczekać!
Czytaj dalej »

wtorek, 10 kwietnia 2018

Moje pędzle | Mycie, suszenie, dezynfekcja | Higiena makijażu nie tylko dla wizażysty

   Kto lubi myć pędzle? Ja nie cierpię, ale robię to regularnie i skrupulatnie tak, aby mieć pewność, że moje narzędzia są czyste. Tę czynność umilam sobie zawsze oglądaniem jakiegoś filmiku na YT albo po prostu słuchając muzyki. Jak konkretnie myję moje pędzle? Napiszę Wam dziś bardzo dokładnie.  Zwrócę też uwagę na mycie pędzli tylko swoich, a także tych w pracy profesjonalnej, bo to jednak się 'trochę' różni. Wiem, że kilka osób prosiło mnie o taki wpis na blogu, więc tadammmm! Zapraszam :) 

Na początek może o myciu pędzli dla kobiet, które malują tylko siebie. Zrobię to w punktach, by było super przejrzyście dla każdego :) 
  1. Nie trzymaj pędzli w łazience. Domyślam się, że tam najczęściej wykonujesz makijaż, ale... wilgoć sprzyja namnażaniu bakterii, które później lądują na Twojej twarzy. Dodatkowo malując się w łazience często przekłamują się kolory. Nakładasz za dużo bronzera różu, ciemny podkład. Samej mi się to zdarzało w pośpiechu rano :D Jeżeli już malujesz się w łazience, bo nie masz innej możliwości, to miej pewność kosmetyków, że są dla Ciebie idealnie dobrane, a dwa - trzymaj pędzle w zamkniętej szafce albo szufladzie. 
  2. Myj je regularnie. Idealnie by było, aby pędzle po produktach kremowych i płynnych były myte zaraz po użyciu, a pudrowe raz na dwa-trzy dni. To takie totalne minimum, ale pomyśl... Masz dwa pędzle do oczu na przykład i jak jednego dnia zrobisz ciemniejszy makijaż, to drugiego nie zrobisz już jasnego czystego, bo pędzle są już brudne po poprzednim makijażu, więc wyjdzie burawo.
  3. Nie chce ci się ich myć? Kup sobie płyn do czyszczenia. Psikasz pędzel, pocierasz o czystą chusteczkę i jest czysty. Taki sposób sprawdza się jedynie przy makijażu samej siebie, bo ten pędzle nigdy nie będzie w 100% idealnie czysty, co w pracy profesjonalnej jest konieczne, ale szybko i sprawnie usuniesz z niego kosmetyk. Polecam Ci taki płyn z Sephory lub z Inglota, a nawet z MAC. Mimo tych zabiegów, mycie całkowite jest  przynajmniej raz w tygodniu pożądane ;)
Czym myć? Wszystko ci napiszę! Zacznę od pędzli z włosia naturalnego, bo one w myciu są troszkę inne niż syntetyczne.
Te pędzle wymagają trochę uwagi. Włosie w nich jest delikatne i lubi się wysuszać jak w przypadku naszych włosów. Tu sprawdzi się szampon do mycia włosów. Może to być taki, który u Was się nie sprawdził lub po prostu Babydream dla dzieci. Jest delikatny i dodatkowo nawilża włosie. Doskonale sprawdza się też mydło Protex, które jest antybakteryjne. 
Po myciu w ciepłej (nie gorącej) wodzie delikatnie odciskamy z nadmiaru wody i kładziemy na ręczniku. Teraz mamy dwie opcje: albo nakładamy odżywkę do włosów bez spłukiwania, układamy włosie i odstawiamy do wyschnięcia (polecam do raz na jakiś czas zrobić), albo zawijamy pędzel w cukierek. Sprawdzą się też osłonki, ale to w wypadku większych pędzli. Na pędzle do oczu takich małych jeszcze nie widziałam. Cukierki wyglądają tak:
A tak osłonki:
Do schnięcia polecam te siateczkowe. Wszystkie powyższe zabiegi pozwalają na zachowanie pierwotnego kształtu włosia, który w tym przypadku lubi się rozcapierzać i komfortowej pracy z nim. Po wyschnięciu lub jeszcze lekko wilgotne dokładnie wszystkie dezynfekuję specjalnym płynem (Skinsept, Softasept), który pozwala na zabicie wszelkich bakterii.

Mycie pędzli z włosiem syntetycznym:
Po podkładach i korektorach jest najgorzej. Do tego najlepiej sprawdza się oliwka pod prysznic. Ja polecam Isanę lub Niveę. Polecam namoczyć pędzel, następnie nałożyć oliwkę i na chwilę zostawić, aby produkt na pędzlu się rozpuścił. To, co zostanie jeszcze najlepiej doczyścić mydłem Protex. Odciskamy nadmiar wody, odkładamy do wyschnięcia. Dezynfekujemy. 

Przy myciu pędzli uważaj, by nie moczyć skuwek. Pędzle mogą się rozkleić. Brudne trzonki wyczyścisz mokrą chusteczką. To samo dotyczy mycia w gorącej wodzie :) 

Gąbki:
Prosta sprawa. Najpierw każdą namaczam i płuczę pod bieżącą wodą. Odciskam i odkładam. Do miski nalewam ciepłą wodę i dolewam olejku pod prysznic. Wrzucam gąbki i ugniatam. Zostawiam na 15 minut. Znów gniotę w tej wodzie, która już jest brudna. Wypuszczam wodę i każdą osobno płuczę pod bieżącą ciepłą wodą sprawdzając czy jest już czysta. Jeśli nie spełnia moich wymogów dodatkowo namydlam ją mydłem Protex i dokładnie płuczę. Odstawiam do wyschnięcia. Dla siebie na tym etapie kończę. Dla klientek albo dezynfekuję w płynie do dezynfekcji, albo wkładam suche do woreczka strunowego i zostawiam w zamrażarce na całą noc. 

Co jeszcze warto wiedzieć?
  1. Twoje pędzle, Twoja twarz, Twoja higiena. 
  2. Malujesz klientki? Jedna osoba - jeden czysty komplet pędzli. Dwie osoby - dwa czyste komplety pędzli. I tak dalej. Dezynfekcja płynem pomiędzy klientkami nie wystarcza. Możesz to zrobić, ale tylko jeśli malujesz daną klientkę i chcesz nałożyć jej inny cień tym samym pędzlem, wtedy szybkie czyszczenie jest okej. Nigdy pomiędzy klientkami!
  3. Spadł Ci pędzel podczas malowania klientki? Bye, bye? Do mycia Łobuzie! Nawet jeśli malowana kobieta tego nie widziała :)
  4. Masz opryszczkę w fazie rozsiewania? Maluj, jeśli musisz jednorazowymi aplikatorami i gąbkami, by tego nie przenieść dalej. 
  5. Nie dmuchaj na pędzel! Otrzepuj, pukaj o paletkę, ale nie dmuchaj, bo bakterie z ust przenosisz na oczy, a wiele chorób roznosi się drogą kropelkową. 
  6. Susz w przewiewnym miejscu. Kaloryfer czy ostre słońce nie są dobrym pomysłem. Pędzle mogą się rozkleić. 
Polecane produkty:
  1. Olejek pod prysznic Isana
  2. Olejek pod prysznic Nivea
  3. Mydło Protex (Love! Love! Love!)
  4. Szampon dla dzieci Babydream
Dodasz coś od siebie?
Może coś pominęłam?
Dopisz w komentarzu!
Czytaj dalej »
Copyright © 2014 B L O N D L O V E , Blogger