Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mary Kay. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mary Kay. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 stycznia 2018

A gdyby tak móc skomponować swoje paletki? | Mary Kay

  Na wstępie tylko zaznaczę, że post nie jest sponsorowany i nikt mi nie dyktuje opinii. Owszem, jestem ambasadorką marki, ale póki co testuję i wyrabiam sobie zdanie o marce. Dziś chcę pokazać Wam nowość, która dostępna jest w sprzedaży od 16.01, a ja mam okazję testować i myślę, że mogę już powiedzieć kilka zdań na ich temat. 
 Jestem testerką idealną! Ilekroć słyszę fenomenalna nowość Mary Kay, to mnie w środku aż korci, by to przetestować i udowodnić, że są na rynku lepsze produkty. W końcu maluję na różnych produktach i nie wszystko mi się sprawdza, nie wszystko lubię, a przede wszystkim nie wyobrażam sobie ograniczyć się do jednej marki :) Za dużo frajdy sprawia mi praca na różnych produktach. 
   Kolorówkę testować lubię najbardziej. Te cienie testowałam kilka dni w różnych kombinacjach. Zaraz Wam wszystko o nich napiszę. 
Kolekcja zawiera 22 cienie o unikatowej formule - 10 matowych i 12 cieni błyszczących, które są bezdrobinowe, a bardziej perłowe. Na zdjęciu powyżej macie je wszystkie. Ja osobiście, gdy je zobaczyłam, to stwierdziłam, że są szare, bure i ponure. Poprzednie ich cienie mnie zupełnie nie uwiodły, ale czemu nie dać szansy nowemu? 
Błyszczących jest więcej. Moje ulubione to śliwka, zieleń i wszystkie jasne. Nakładane palcem tworzą przepiękną taflę na powiece. Dwa z odcieni idealnie nadają się na rozświetlacz (Moonstone i Crystalline). 
Matowych mamy 10. Brak mi w nich ciepłych odcieni, które są tak modne ostatnio. Mimo wszystko bardzo uniwersalnie i bezpiecznie. No właśnie... wydawało mi się, że nudno, ale... przy swatchach postanowiłam je poukładać sobie w mini paletki.Wiecie, takie pewniaki :)
Ta paleta jest dzienna z nutą szaleństwa. To taki pewniak, który będzie pasował większości, szczególnie tym, które zawsze sięgają po brązy i chciałyby używać, ale boją się kolorów. Te tutaj są bezpieczne. Można je nałożyć jako akcent na dolnej powiece. Taka dzienna elegancja z kolorem. Brązy i śliwka, a w szaleństwie też bardzo elegancka zieleń. Kolory to (od lewej): Biscotti, Candlelight, Hazelnut, Mahogany, Sweet Plum i Emerald Noir. Kolory w tym zestawieniu kojarzą mi się z jedną z paletek Smashbox :)
Ta jest taka modna ostatnio. Zgaszone róże i borda. Piękna i bardzo klasyczna. Kolory od lewej to: Rose Gold, Golden Mauve, Espresso, Soft Heather, Dusty Rose i Merlot. 
Kolejna to taka typowo wieczorowa do Smokey. Nie zastanawiasz się, sięgasz, mieszasz, nakładasz i masz :) Kolory od lewej to: Granite, Cashmere Haze, Smoky Quartz, Shadow, Onyx i Starry Night. 
Ostatnia to taka paleta połyskująca. W sumie takie resztki, ale niech Was to nie zwiedzie :) Kolory od lewej to: Rustic, Crystalline, Moss i Moonstone. Tu właśnie znajdują się cienie, które idealnie sprawdzą się jako rozświetlacze. 
Takie minipaletki są idealne na podróż. Zabierasz ze sobą 6 cieni skomponowanych dla siebie samej. Wyciągasz i nie zastanawiasz się co zrobić na oku. Albo wtedy, gdy rano masz 10 minut na makijaż, wyciągasz i wiesz, że makijaż będzie spójny i trwały. Dodatkowo masz pewność, że w swojej skomponowanej palecie będziesz korzystać ze wszystkich cieni, a nie tak jak w przypadku gotowych palet. 
Okej, dość prezentacji :) Czy ja się z nimi polubiłam?
Bardzo! Zaskoczyłam się, bo tak, jak pisałam - nie podobały mi się wizualnie. Wszystko się zmieniło, gdy zaczęłam się nimi malować. Przetestowałam je ciężko, bo bez bazy, a na przypudrowany korektor. Po pierwsze: są mocno napigmentowane, ale można je budować. Nie robią plam, dziur i pięknie się rozcierają. Kolory nie zlewają się w szarości i nie utleniają się w ciągu dnia. Nie zebrały się w załamaniach, nie zrolowały się, nie porobiły się prześwity.Po prostu szok! Dodatkowo widzę sens tej burej palety kolorystycznej - cokolwiek ze sobą połączycie na oku - będzie to grało. Te cienie zdecydowanie bardziej podobają mi się niż ich ostatnie czwórki, które nie podobają mi się zupełnie. Są takie meh! Ale te? Najbardziej lubię z nich odcienie Merlot, Sweet Plum i Emerald Noir. Przepiękne! 
Na zdjęciu jeden z moich pierwszych makijaży tymi cieniami, czyli wszystko na raz :) Bardzo przyjemnie się z nimi pracuje i mają naprawdę specyficzną formułę. Ona jest taka mokro-sucha. Taka aksamitna, ale jednak pudrowa. Musicie sami to pod palcem obczaić przy okazji. Ta formuła pozwala na aplikację warstwową bez plam. 
Wady? 
  • Cena - 36 zł za cień, ale będą wydajne.
  • W katalogu kolory są bardzo przekłamane - przyciemnione i inne niż w rzeczywistości.
  • Dostaniecie je tylko u konsultantek, ale one powinny mieć pełną paletę kolorów przy sobie na żywo, więc możecie sobie je podotykać i same wybrać, które tak naprawdę chcecie, więc nie wiem czy to taka wada :) Ja osobiście polecam zakupy u Asi, do której kontakt znajdziecie tutaj (klik). 
Dajcie znać, czy któraś z moich propozycji kolorystycznych Wam przypadła do gustu!
Czytaj dalej »

wtorek, 5 grudnia 2017

Mój ulubiony korektor | Mary Kay | Czy dałam się nabrać?

   Nie wierzę, że nie było mnie tu tak długo! Dzieję się! Wiecie to z Facebooka i Instagrama, a dodatkowo teraz w okresie przedświątecznym pochłania mnie czytanie :) Dziś mam jednak dla Was mojego ulubieńca. Używam go już ponad miesiąc i jestem pewna, że dokupię więcej kolorów. 
Perfekcyjny korektor do twarzy. Nie wiem jak Wy, ale nie lubię takich nazw, bo sam ich wydźwięk powoduje u mnie myślenie 'Oho! Żeby lepiej się sprzedawał to napisali, że jest perfekcyjny. W końcu kobiety uwierzą w wiele obietnic.' Ale wiecie, nie ze mną te numery! Kupiłam i stwierdziłam, że sama się przekonam, czy aby na pewno ten gagatek jest taki perfekcyjny jak o nim piszą i jak konsultantki mają mówić. 
Sam produkt wygląda bardzo elegancko. Przez 'okienko' widać odcień, który chcemy akurat zaaplikować. Aplikator jest bardzo prosty i przyjemny w użytkowaniu: 
Ja mam odcień Light Ivory i jest on najjaśniejszym z dostępnych. Muszę jeszcze sprawdzić Light Beige, bo wydaje się być bardziej żółty. Najciemniejszy z nich - 'Deep Bronze' rekomendowany jest jako konturowanie na mokro, ale jeszcze nie sprawdzałam. 
Konsystencja jest bardzo kremowa, ale nie tępa. Ładnie rozprowadza się na skórze i pięknie kryje. Co prawda pod oczy w Mary Kay znajdziemy dedykowany odcień brzoskwiniowy, ale ja używałam tego i jestem naprawdę zadowolona. Nie wysusza cieniutkiej skóry pod oczami i zakrywa cienie. Radzi sobie też z przebarwieniami i zaczerwienieniami. Jest bardzo trwały i naprawdę wydajny. Popatrzcie, tu możecie zobaczyć jak zachowuje się po roztarciu:

Używałam go przez cały miesiąc i nie mogę się przyczepić. Najlepiej wygląda wtłaczany w skórę gąbeczką. Wystarczy cienką warstwą narysować trójkąt pod okiem, by ładnie zakryć zasinienia. Radzi sobie z każdym podkładem. Przypudrowany nie wygląda sucho i trzyma się cały dzień. Nie zbiera się też w ciągu dnia w zmarszczkach. 
Wada? Kupić możecie go jedynie przez konsultantkę, ale jest w tym plus. Konsultantka ma wszystkie odcienie i chętnie Wam je pokaże, byście kupiły ten właściwy. Jest też drogi, nie ma co ukrywać, bo kosztuje 79 zł, ale za tę jakość w sumie warto :) 

Nie sądziłam, że się z nim polubię, a jednak! Mam go w każdym makijażu od miesiąca (możecie zaobserwować na Insta na przykład). Do tej pory lubiłam Affinitone, ale nie jest tak kremowy jak ten. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 20 listopada 2017

Róż w służbie zdrowiu serca | Mary Kay | Edycja limitowana | Całym sercem z kobietami

   Róże. Nie każda z kobiet je lubi. Oczywiście te do policzków, bo kwiaty to każda z nas uwielbia dostawać! Ja uwielbiam i kwiaty i kosmetyki. Dodają wdzięku, dziewczęcości, świeżości, promienności i delikatności. Pewnie pomyślisz: 'ale nie każdej róż pasuje'. Pasuje, pasuje tylko trzeba znaleźć odpowiedni odcień. 
   Dziś pokażę Wam te wyjątkowe, bo dbają nie tylko o nasz wygląd, ale też część dochodu ze sprzedaży trafia na rzecz Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. Prof. Z. Religi, na realizację celów statutowych Fundacji. Jest to wyjątkowa akcja 'Całym sercem z kobietami!'.
Róże te zostały zaprojektowane w kształcie serc w dwóch odcieniach. Bardziej różowy to 'Giving Heart', a bardziej brzoskwiniowy to 'Kind Heart'. Na policzku wyglądają bardzo naturalnie. Ich moc można stopniować uzyskując jedynie poświatę lub mocniejszy look. Przepięknie się rozcierają, zostawiając delikatny pobłysk co dodaje rumieńcowi takiego zdrowego wyglądu.
Swatche:
One nie zawierają w sobie ani jednej drobiny. Po prostu mają taki elegancki poblask. Świetnie sprawdzą się na cerach dojrzałych, dlatego mogą być bardzo dobrym prezentem dla Mamy. Używając ich możemy pominąć rozświetlacz, aby uzyskać zdrowy, dzienny glow :) 
Samo opakowanie wygląda elegancko. Plastikowe, czarne ze srebrnym logo. Nie zawiera lusterka, co może być małym minusem. Sam produkt jest bardzo lekki. Prawda jest taka, że produkt w środku jest tak dobry, że zasługiwałby na jeszcze szlachetniejsze opakowanie, ale nie będę się czepiać :)
Giving Heart
 Kind Heart
Edycja jest limitowana i do wyczerpania zapasów, a wiem, że już jakiś czas te róże na rynku są. Ja do tej pory byłam bardzo sceptycznie nastawiona na Mary Kay, ale znajduję różne perełki. Owszem, nie wszystko jest fajne, ale te najlepsze staram się Wam tu co jakiś czas pokazywać.  Nie żałuję, że się na te róże skusiłam, bo są naprawdę warte, aby je mieć w swojej kosmetyczce. Niestety można zamówić je tylko u konsultantki, ale na szczęście wszystkie konsultantki są miłe i przed zakupem Wam wszytko pokażą byście nie brały w ciemno :) 

Ja z tych róży jestem bardzo zadowolona!
Czytaj dalej »

piątek, 13 października 2017

Satynowe dłonie w trzech krokach | Mary Kay | Hit czy kit?

   Jeżeli czytacie mnie regularnie albo od jakiegoś czasu, to wiecie, że zdecydowanie największym moim mankamentem są dłonie. O ile z paznokciami sobie radzę (czytaj chodzę do zaufanej Manicurzystki) to ze skórą na dłoniach, gdy tylko spadną temperatury mam cyrki. Sucha, pękająca, spierzchnięta... no naprawdę niezły bałagan. Mamy to jednak chyba rodzinne, bo zarówno Mama jak i moja Siostra też borykają się z tym problemem. 
   W tym roku jednak zaplanowałam to inaczej i wiem, że będzie lepiej! W moje ręce wpadł zestaw 'Satynowe Dłonie' o zapachu białej herbaty i cytrusów. Trzy proste kroki do pięknych dłoni:
Krok pierwszy - ochronny krem zmiękczający:
Gęste mazidło, które rozprowadzamy na dłoniach. Zarówno możemy to zrobić na mokrych jak i suchych dłoniach. Ja preferuję tę pierwszą opcję. Ten krok jest bezzapachowy.

Krok drugi - Peeling Wygładzający z Masłem Shea:
Wygodna popmka jest bardzo praktyczna, gdy mamy już obtłuszczone ręce po kroku pierwszym. Jedna pompka wystarczy, aby dokładnie wymasować dłonie. Następnie spłukujemy pod ciepłą wodą i osuszamy dokładnie ręce. Zapach jest piękny. Jak ktoś lubi herbatę, to na pewno będzie zadowolony. 

Krok trzeci - Odżywczy Krem do Rąk z Masłem Shea:
Nawilżamy dokładnie i wmasujemy w skórę. Wystarczy naprawdę nie wiele użyć, aby dłonie były dokładnie otulone kremem. Po tym kroku dłonie dosłownie chwilkę pozostają lepkie aż do wchłonięcia. Zależne jest to od ilości jakiej użyliśmy. 

Konsystencje:
Od góry mamy je tak jak idą kroki. Pierwszy produkt jest bardzo gęsty jak bardzo bogata maść, drugi lejący, ale pełen drobinek, a trzeci to typowy krem. 

Moja opinia:
Będę polegać na tym, że przetestowałam ten zabieg nie tylko na sobie, ale też na mojej Mamie i Siostrze. Moja Mama już po pierwszym użyciu była na tyle zachwycona, że zapragęła mieć swój zestaw w domu, a Magdzia choć nie lubi takich rzeczy, przyznała, że to jest fajne i mogłaby tego używać. Ja jestem zachwycona! Dłonie po takim zabiegu są wypielęgnowane i niesamowicie gładkie! Efekt ten utrzymuje się przez kilka dni, ale warto tę czynność powtarzać regularnie, aby utrzymać odpowiedni poziom nawilżenia!

Zestaw możecie obejrzeć tutaj, ale kupić jedynie u Niezależnej Konsultantki Mary Kay. Ja polecam Wam Joannę Skowron.
Moim dłoniom już chłody niestraszne!
Czytaj dalej »

poniedziałek, 9 października 2017

4 produkty, 3 kroki i 2 minuty do zadbanej cery | Mary Kay | Zestaw TimeWise®

   No dobra. Wiecie, że lubię proste rozwiązania pielęgnacyjne takie jak na przykład maski w płachcie, bo nie trzeba zmywać. Do tej pory moja pielęgnacja twarzy rano i wieczorem była czysto przypadkowa. Rano raczej zapominałam i przypominało mi się dopiero przed makijażem o oczyszczeniu i kremie, a wieczorem oczyszczanie i aloes był moim punktem stałym :) Te czynniki skłoniły mnie do przetestowania zestawu TimeWise od Mary Kay. Dziś mija miesiąc. Czy jestem zadowolona i co bym zmieniła? Zapraszam dalej :) 
Zestaw składa się z: mleczka 3-w-1 (oczyszcza, delikatnie złuszcza i odświeża skórę), nawilżającej emulsji przedłużającej młodość, 88 ml (zmniejsza pojawianie się zmarszczek i intensywnie nawilża), serum na Dzień z filtrem SPF 30, 29 ml (chroni przed promieniowaniem zapobiegając zmarszczkom i nierównemu kolorytowi cery) i serum na Noc, 29 ml (odżywia redukując głębokie linie i zmarszczki). Kolejność używania to: mleczko, osuszenie twarzy, serum i na koniec emulsja. Zaznaczę jeszcze, że posiadam zestaw do cery normalnej i suchej, bo ostatnio szła ona w tym kierunku (wcale się nie dziwię). Po kolei:
Mleczko 3 w 1 - 127 ml (klik)
Mleczko ma za zadanie oczyszczać, złuszczać i odświeżać. Nie uczula i nie zatyka porów. Jest delikatnie i nie podrażnia. U mnie świetnie sprawdzał się jako doczyszczenie buzi po prysznicu lub po nocy. Posiada bardzo delikatne drobinki. Nie robi takiego typowego złuszczania i oczyszczania, dlatego w tygodniu polecam robić maski oczyszczające i peelingi mechaniczne czy też enzymatyczne. To mleczko jednak pozwala utrzymać efekt. Samo w sobie nie zostawia żadnego filmu na skórze, jest beztłuszczowy. Po nim skóra wręcz domaga się nawilżenia. Raz nie chciało mi się przyznaję, ale szybko wróciłam, bo skóra po samym oczyszczaniu mleczkiem była taka nijaka i nie ma opcji, by nie nałożyć kremu.
Edytowano: Mleczek do twarzy nie lubię, ale to przechodzi u mnie, bo używa się go jak żelu, czyli nakładam na mokrą skórę twarzy, masuję i zmywam letnią wodą. 
Serum na dzień (klik) i noc (klik) 
Polecam kupować w zestawie, bo bardziej się opłaca. To na wstępie, a teraz konkrety. Serum wydają się małe, ale za chwilę wstawię Wam zdjęcie po równym miesiącu stosowania. Nocne jest żelowe i zecydowanie bardziej urodziwe. Te pastelowe kapsułki w środku są urocze i nie jest to tylko ozdobnik, ale  witaminy i antyoksydanty zamknięte w środku, połączone z peptydem, który pobudza produkcję kolagenu, a tym samym wygładza i ujędrnia skórę. Czy to działa? Moim zdaniem tak. Jest lekki, beztłuszczowy, wydajny i rano skóra wygląda zdecydowanie lepiej. Dzienne nie wygląda już tak wyjątkowo, ale jest z filtrem SPF, który w pielęgnacji dziennej jest bardzo wskazany. Serum na dzień jest uzupełnieniem serum nocnego, aby działać całodobowo.
A tu serum po miesiącu codziennego stosowania (zdjęcie robione dosłownie przed godzinką:

Nawilżająca emulsja przedłużająca młodość (klik)
Bardzo lekka formuła, która odczuwalie nawilża skórę twarzy. Szybko się wchłania i jest odpowiedni dla skóry wrażliwej. Ja po miesiącu stosowania mam jedynie jeden wniosek. Otóż, na początku, gdy ta moja cera była w gorszej kondycji to byłam z tej emulsji zadowolona w 100%. Teraz wydaje mi się, że moja cera przeszła w stan mieszany z tendencją do różnych niespodzianek (za dużo czekolady i pączków) i dlatego na dzień wydaje mi się pod makijaż zbyt bogata. Używam jej na noc i w dni, w które się nie maluję. Niech działa! Muszę sobie zakupić tą wersję do mieszanej i tłustej, która sprawdzi mi się w dzień i z tego, co zauważyłam to zdecydowana większość kobiet tak używa tego zestawu :)

Zestaw TimeWise (klik)
Zestaw tych czterech produktów dostarcza skórze 11 właściwości przeciwdziałających starzeniu się skóry w jednym zestawie: oczyszczanie, złuszczanie, odświeżenie, pobudzenie, nawilżanie, wygładzenie, ujędrnianie, ochrona, odnowa i redukcja drobnych linii i zmarszczek. Jest odpowiedni dla osób o skórze wrażliwej i tych z bardzo wrażliwą skórą. (ze strony Mary Kay). I w sumie są to obietnice spełnione. 

Wydajność:
Tyle produktów używam o poranku. Wieczorem zamieniam tylko serum. Starczy mi ten zestaw zapewne na około 3-4 miesiące. 

Moja opinia: 
  • Moja cera jest nawilżona, jędrna i napięta. Gdybym tylko pilnowała się z czekoladą to byłoby idealnie :D 
  • Kosmetyki szybko się wchłaniają i nie posiadają mocnego zapachu. Nie są w 100% bezzapachowe, ale nie posiadają żadnego konkretnego.
  • Najważniejsze! Wygoda! Wchodzę do łazienki i wiem co zrobić. Dodatkowo przy małym dziecku, czy podczas spieszenia się rano jest to naprawdę szybki sposób na zastrzyk witalności dla skóry twarzy. 
  • Warto oprócz tego zestawu i w sumie jest to konieczne stosować też inne sposoby oczyszczania skóry - peelingi, maski oczyszczające. Same te trzy kroki nie wystarczą. Owszem cera będzie ładna, ale to nie będzie jej 100% możliwości.
  • Napiszę Wam też, że jak do kolorówki z MK nie mogę się jeszcze w 100% przekonać, to ta pielęgnacja jest świetna! Po kobietach na różnych forach widzę też jak są zadowolone z efektów. 
  • Ach! I oczywiście, że z Aloesu nie zrezygnowałam! Przynajmniej raz w tygodniu ląduje w formie maski na twarz przed snem - za bardzo go lubię :)
Ten post powstał w wyniku współpracy z Mary Kay, ale opinie w nim wyrażone są moimi własnymi. 

Czytaj dalej »

środa, 13 września 2017

Innowacyjna maska z biocelulozy | Mary Kay | Moja opinia

    Po zwariowanym weekendzie, w poniedziałek nastał idealny moment na zrelaksowanie się podczas robienia maski na twarz. Kiedyś tu na blogu prowadziłam serię maskową w środy i wiecie, co? Może warto do tego wrócić! Do testów dostałam tę maseczkę w czwartek, ale chciałam pod nią dokładnie twarz oczyścić, by była dla niej jak największą korzyścią. Czy tak się stało? Wiem jedno! Maska na pewno jest wyjątkowa i warto o niej wspomnieć tu na blogu :) 
Na początek obietnice, czyli to od czego warto zacząć. 

"Liftingująca Biocelulozowa Maskę TimeWise Repair™ widocznie unosi i ujędrnia skórę oraz pozostawia ją wyraźnie młodszą już po dwóch tygodniach stosowania. Skóra jest widocznie bardziej promienna, miękka i gładka już po pierwszym użyciu. Potwierdzono klinicznie, że powoduje wzrost poziomu nawilżenia skóry przez 24 h." 

Odważnie, co?
Pewnie wiele z Was zastanawia się co to jest ta bioceluloza... Nie martwcie się, ja też musiałam poszukać i ogarnąć :) Bioceluloza to nic innego jak czysty materiał roślinny uzyskiwany z wody kokosowej. Połączone włókna tworzą niezwykle chłonną, trójwymiarową „tkaninę”, dzięki której maska jest wypełniona kompleksem dobrych dla skóry składników (między innymi ekstrakt z ziaren owsa, wyciąg z kwiatu orchidei, a także hialuronian sodu, znany ze swych właściwości nawilżających skórę czy też witaminę E). Ten specyficzny materiał maski sprawia, że produkt ten ściśle przylega do skóry, przekazując jej wszystkie odżywiające składniki, podczas 20-30 minutowej aplikacji. 
Po tych zdjęciach już pewnie zrozumieliście, że to nie jest zwykła maska w płacie. Podczas 30 minutowej aplikacji czułam delikatne mrowienie, ale nie drażniące a jakby wchłaniające. Tak jakby cała zawartość chciała przeniknąć w moją skórę. Aplikacja jest banalna, bo otwieramy maskę...
...i wyciągamy bardzo mokry kwadrat, który po rozłożeniu przypomina kształt wszystkich innych masek w płacie. Rozkładamy go więc i odrywamy jedną z trzech warstw. Dopasowujemy maskę do twarzy i ściągamy warstwę wierzchnią. Przez 30 minut staramy się relaksować (możemy nawet zakryć oczy), ale jeśli nie jest to możliwe to nic się nie dzieje, bo maska idealnie przylega do twarzy. Nie przesuwa się, nie odrywa nigdzie i nic z niej nie kapie. Jest bardzo komfortowa. 
W opakowaniu zostaje jeszcze sporo płynu i nie polecam tego wyrzucać! Ja codziennie po pielęgnacji nakładam jeszcze cienką warstwę tego płynu, bo bardzo zmiękcza twarz, mocno nawilża i błyskawicznie się wchłania. Możecie też wykorzystać go na szyję i dekolt.

Więcej o tej masce przeczytacie tutaj: http://tiny.pl/gjvrl.

Dla kogo jest ta maska? 
Dla każdego rodzaju cery w każdym wieku :) Dla cery dojrzałej polecam serię dwutygodniową, czyli 2 maski w tygodniu.

Co ja o niej myślę?
Zdecydowanie spełnia obietnicę producenta jeżeli chodzi o efekty po pierwszym razie. Cera ma bardziej wyrównany koloryt, zdrowy blask i jest bardzo mięciutka. Co ciekawe, efekt faktycznie nie znika, a utrzymuje się przez bardzo długi czas. Najlepszy efekt widziałam na drugi dzień rano. Cera po nocy była uspokojona, wciąż miękka i wygładzona. 
Choć cena z pewnością nie jest dla każdego, to ja ją polecam. Szczególnie kobietom po 25/30 roku życia kiedy cera zazwyczaj zaczyna tracić jędrność i blask :) Ja jestem zadowolona z efektów, ale kobiety, które testowały ją razem ze mną z cerą dojrzalszą niż moja były zachwycone efektami, więc warto spróbować!

Jak kupić?
Zakupy można robić przez stronę www.marykay.pl  z pomocą wybranej konsultantki z Waszego miasta. Na Żywiecczyźnie polecam Joannę

Jakie maski są godne polecenia według Was?
Co chcecie bym przetestowała?
Czytaj dalej »
Copyright © 2014 B L O N D L O V E , Blogger