Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 października 2018

Opowiem Ci o jednej z moich ulubionych palet | Affect, Pure Passion

     No proszę, proszę! Ktoś tu wpadł odkurzyć bloga i wreszcie zacząć coś wrzucać :D Ale nie będę wrzucała byle czego, tylko to, co naprawdę jest warte pokazania! No bo kto nie potrzebuje jakiejś nowej i do tego fajnej paletki? Ta, którą widzicie na pierwszym zdjęciu i która jest głównym bohaterem dzisiejszego wpisu jest warta napisania o niej każdej najmniejszego słowa! No to zacznijmy! 
   Paleta polskiej marki Affect jest współtworzona z Karoliną Matraszek - jedną z najbardziej utalentowanych makijażystek w Polsce. Nic więc dziwnego, że jest spełnieniem oczekiwań wizażystów w zakresie palety bazowej, ale czy tylko ich? 
   Paleta zawiera 10 cieni, z których mamy 8 świetnej jakości matów i dwie folie. Nie posiada lusterka, co może być z jednej strony minusem - w przypadku wyjazdu, musimy zabrać dodatkowe, ale plus dla wizażystów mobilnych, bo jest lżejsza. Kartonowe opakowanie jest bardzo solidne, a cienie dobrze trzymają się środka. 
   Jeżeli chodzi o jej jakość, to nie można jej zarzucić nic! Ma idealnie zbalansowaną kolorystykę neutralno-ciepłą. Posiada zarówno cienie beżowe (żółtawy i biały można mieszać w zależności od karnacji cery), jak i ciemne brązy i rewelacyjnej jakości czerń. Niestety nie mam zdjęć, ale chętnie porównam ją z kultową już paletką ZOEVA, Naturally Yours. 
   ZOEVA się przy niej kryje... ale zależy jak spojrzeć. Pigmentacja i praca z cieniami jest przyjemniejsza w AFFECT, o ile nie nabieramy sporo cienia i nie ładujemy go od razu na oczy. Będzie idealna dla osób, które szukają szybkiego efektu przy dobrym roztarciu i lekkiej ręce. Dla osób, które mają już 'jakieś' pojęcie o makijażu. Affect ma tak mocny i suchy pigment, że naprawdę nadmiar trzeba odsypywać, by nie zrobić sobie dodatkowej pracy przy rozcieraniu, a dodatkowo posiada przepięknie i przeidealnie napigmentowany czarny cień! Poranna, rozdymiona lekko kreska jest do zrobienia migiem. ZOEVA idealnie nada się dla początkujących, bo nie łapie się aż tak pędzla i dawkując sobie cień można budować oko i nie przesadzić. Nie liczmy tu jednak na efekty tak spektakularne jak Affect.
   Którą ja wybieram? Affect! Zdecydowanie! Nie chcę Wam pokazywać jak aktualnie wygląda moja paletka, bo niektóre cienie dotknęły już dna. Zdjęcia są z maja tego roku. Używam jej przy każdym makijażu okolicznościowym. Mimo wielkiej miłości do Soft Glam od Anastasii, po Pure Passion sięgam częściej jeżeli chodzi o brązy. Idealnie nadaje się do makijaży ślubnych, jako baza do okolicznościowych, do użytku codziennego. Naprawdę musiałabym się czegoś czepiać na siłę, by jej coś zarzucić. Idealnie wypada w duecie z paletą Naturally Matt również spod ręki Karoliny Matraszek i Affectu
   Aplikacja matów najlepiej działa pędzlami puchatymi z włosia naturalnego, błyski zdecydowanie polecam nakładać paluchem prosto z paletki na powiekę i wetrzeć.  Nie blakną, nie migrują, nie robią dziur i plam. Podczas pracy z nimi idealnie się do siebie kleją i blendują. Nie ma problemy z intensyfikacją makijażu i uzyskaniu delikatnej chmurki na oku. Cienie utrzymują się na oczach bez zarzutu.

Jest to jedna z tych palet, które powinna mieć w kosmetyczce każda kobieta!
Znacie tę paletę?
Ja ją uwielbiam!
Czytaj dalej »

wtorek, 17 kwietnia 2018

Must Have | Nabla, Dreamy | Czy faktycznie jest warta zachodu?

   To jest po prostu niemożliwe! Tę paletę mam już tak długo i jeszcze jej tutaj nie było. Paleta, która wyprzedaje się w momencie. Jest i nie ma! Gdy pojawiła się przed Świętami Bożego Narodzenia nie potrzebnie się zawahałam i musiałam na nią czekać aż do lutego... Czy było warto? Zaraz wszystko Wam napiszę! 
Paleta po pierwsze jest przepiękna! Ma idealne gwiezdne opakowanie, które urzeka swoim wyglądem. Jest do tego bardzo solidnie wykonana z porządnego kartonu. W środku znajdziemy aż 16 cieni w odcieniach zarówno neutralnych jak i burgundach i fioletach:
Niewypałem w tej palecie jest odcień 'delirium' (ostatni w pierwszym rzędzie). Sypie się niemiłosierne i niewiadomo jak go nałożyć, bo po prostu się nie lepi. Pozostałe są rewelacyjne! Szybko się blendują, łatwo dokładają, nie dziurawią, nie plamią. Maty są aksamitne, a metaliczne bardzo masełkowe. Pracuje się z nią bardzo przyjemnie. Nie ma też problemu z łączeniem jej z cieniami z innych marek. Lubią się ze wszystkimi jakie mam. Brakuje w niej jedynie beżu i czerni, no ale nie można mieć wszystkiego. Dla mnie jest to jedna z najładniej skomponowanych palet. 
   Zrobisz nią zarówno makijaż dzienny, jak i wieczorowy. Kolory będą pasować zarówno niebieskookim, zielonookim jak i brązowookim. Jeżeli boisz się używać kolorów w makijażu, to ta paleta jest dla Ciebie! Dołożysz do dzienniaka troszkę borda 'senorita' lub nałożysz na środek metaliczny 'rose gold' i Twój makijaż zdecydowanie nabierze wiosennej świeżości. 
Cena tej palety to około 160 zł. Aktualnie się trochę uspokoiło i można ją dostać na Cocolita (stan na 17.04.2018). Czy to dużo? Pomyślmy... jeden cień Nabli kosztuje około 35 zł, tu mamy ich 16. Matematyka jest prosta - jasne, że się opłaca! Dodatkowo słyszałam, że w porównaniu do wkładów, to cienie w palecie są petardą! Znacznie lepszą jakością. Ja tego namacalnie nie wiem, ale wiem, że tak paleta jest naprawdę świetna!
Skusiliście się na nią?
Co o niej myślicie?
Nabla szykuje kolejną paletkę - nie mogę się doczekać!
Czytaj dalej »

poniedziałek, 19 marca 2018

Urzekająca Anastasia | Soft Glam | Czyli ile można mieć tych brązowych palet?

   Obiecane, pisane :) Dziś pokażę Wam moją ukochaną ostatnio paletę! Taką, która w sumie z kolorów nic nowego nie wnosi w mój kufer, bo mam tych palet naprawdę dużo, ale praca z nią jest naprawdę wyjątkowa. We wstępie napiszę Wam  też, że mam trzy palety z Anastasii i zdecydowanie ta uwiodła mnie najmocniej. Co w niej widzę? Jak się z nią pracuje? Tego i owego dowiecie się z dalszej części. 
Samą paletę kupiłam za 279 zł na stronie Houseofbeauty.com.pl i szczerze powiedziawszy czekałam na nią chyba dwa tygodnie, więc trochę długo. Już nawet zaczęłam się martwić czy po drodze gdzieś się komuś za bardzo moja paczka nie spodobała. Na szczęście jest okej :) Jak to paleta z Anastasii, przychodzi do nas w kartonowym opakowaniu, a sama paleta jest zrobiona dokładnie jak jej siostry, czyli karton pokryty zamszem. Jest to może i piękna, ale niesamowicie trudna do utrzymania w czystości. Nie można odmówić jej lekkości i solidności.
W środku znajdziemy lusterko, mało praktyczny pędzelek i 14 pięknych cieni. W poprzednim poście napisałam Wam, że jest to typowa ślubniaczka. Popatrzcie na nią raz jeszcze i przyznajcie mi rację :) Brązy, czerń, brudny róż, przepiękne perły i błyszczące folie. Brakuje jedynie matowego beżu, bo pierwszy cień w tej palecie delikatnie poblaskuje. Z tym jednak można sobie poradzić choćby pudrem. 
Starałam się, aby kolory były jak najlepiej oddane i udało mi się to. Paleta jest raczej w tonacji ciepłej, ale znajdziemy tutaj kilka odcieni chłodnych jak choćby: Dusty Rose czy Cyprus Umber. Swatche zobaczycie poniżej:
Konsystencja cieni się nieco różni. Niektóre z nich są bardziej suche, jak na przykład Orange Soda, a niektóre są maślane jak na przykład Senna. To akurat jej plus, bo suchszymi konsystencjami można pięknie zbudować załamanie powieki. Przy czym suchość tutaj jest jedynie faktem, a nie wadą, a są zdecydowanie mniej suche niż cienie Too Faced.  Warto też dodać, że cienie pylą się jak wszystkie z ABH. 
Praca z paletą:
Sama przyjemność! Rozcierają się w chmurkę błyskawicznie, dokładają się, nie robią plam, pod okiem też jakoś mega się nie osypują, ale... no właśnie! Jest jedno ale! Najlepiej używać pędzli z włosiem naturalnym i cienie w palecie jedynie muskać. Nawet nie dotykać, Broń Boże nie majtać w nich pędzlem. Jedynie delikatnie muskać, a nadmiar (!) jeszcze strzepnąć. Taka praca pozwala na uzyskanie efektu jaki zamierzyliśmy, marnować minimalną ilość produktu i dodatkowo mamy czysto pod okiem. Idealnie! Jedynie folie i perły warto nakładać palcem lub płaskim pędzlem syntetycznym. 
Zatem... po co mi kolejna taka paleta? Bo oprócz pięknych kolorów, makijaż robi się sam! Nie muszę się denerwować, tylko kilka ruchów pędzlem i makijaż jest idealnie roztarty. Dodatkowo wszystkie kolory tu do siebie pasują, co sprawia że paleta może być naprawdę samowystarczalna :)

Ta paleta urzekła mnie zdecydowanie najbardziej z kolekcji ABH!
A Wy?
Macie na którąś chrapkę?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 26 lutego 2018

Anastasia Beverly Hills | Subculture | Czy taka zła jak ją malują?

   Palet Ci u mnie ostatnio pod dostatkiem, ale chyba jestem paletoholiczką (wiem, brzmi źle, ale akurat ten nałóg to tylko groźny dla portfela jest). Przed Subculture się mocno broniłam, ale gdy zobaczyłam ją na żywo w szkole w Katowicach na kursie, to po prostu się zakochałam w tej kolorystyce! Nie znam żadnej palety zieleni, żółci i pomarańczu skomponowanej tak w punkt i tak pięknie! Opinie ona ma mocno skrajne, bo jedni ją kochają a inni nienawidzą, ale jeśli chcecie poznać moją opinię, to zapraszam dalej :) Ostrzegam, ja w niej ostentacyjnie dziubać nie będę. 
Zdjęcie zupełnie nie oddaje jej uroku, ale przejdźmy do konkretów. Paleta jest standardowa jak pozostałe palety ABH, wykonana z solidnego kartonu, który z wierzchu pokryty jest zamszem. Jest to piękne, ale mocno uciążliwe, bo zbiera na siebie wszystkie możliwe brudy. Ja swoją zawsze staram się trzymać w dodatkowym opakowaniu, a podczas malowania odkładać w czyste miejsce, ale jednak trzeba dbać :) 
Do palety dołączony jest pędzelek, który do tych cieniu w zupełności się nie nadaje. Jest za twardy jak na tę konsystencję cieni, bo jest ona wyjątkowa. To właśnie ona jest taka kontrowersyjna. Otóż... cienie są prasowanymi pigmentami, co oznacza, że pracuje się z nią zupełnie inaczej niż z normalnymi cieniami. Tutaj wystarczy dotknąć pędzlem, by uzyskać kolor na oczach. Najlepiej używać pędzli mięciutkich z włosiem naturalnym i po dotknięciu jeszcze nadmiar strzepnąć. Nie żartuję, ona serio tak działa :D Makijaż nią wykonywany jest długi, bo lepiej nakładać po odrobinie i budować głębię niż nałożyć więcej i nie umieć rozetrzeć czy zrobić plamy. W związku z tak mocną pigmentacją cienie bardzo pylą i są lotne. Tutaj sprawdza się metoda odwróconego makijażu, czyli najpierw oko, a później twarz, bo łatwiej utrzymać czystość i estetykę makijażu. 
Co jeszcze jest istotne? U mnie sprawdza się aplikacja na przypudrowaną korektor i bazę. Lepiej, gdy się te specyficzne cienie wciera w powiekę niż nakłada na mokrą bazę, gdyż wtedy trudniej o plamy. Pigment się przykleja i trudno go rozetrzeć. Jeżeli będziemy wprawnie nakładać j warstwowo i cierpliwie to uzyskamy cudowną chmurkę na oczach. Na mokro polecam nakładać Wam metaliczne propozycje z tej palety. Szczególnie Cube, który jest przepięknym różem na białej podstawie. Idealny duochrom do ślubniaków na przykład. 
Moje propozycje makijażu tą paletą. Tu propozycja ciepła, bardziej w brązach i pomarańczu. 
A tu bardziej zielona i kociooka. Jakoś ostatnio częściej zdarza mi się malować ten kształt makijażu. 
Czy ta paleta jest dla każdego? 
Zdecydowanie nie. Na pewno nie na początek, bo będziecie się irytować, że to nie działa tak, jak chcecie. Na pewno nie dla osób, które się spieszą, bo przy tej palecie pośpiech jest złym doradcą.
Czy ta paleta jest zła?
Zdecydowanie nie. Ona jest specyficzna. Kolory są bardzo na plus, bo zmalujecie zarówno pięknego dzienniaka jak i makijaż bardziej szalony. Oczywiście brak w niej matowego beżu i czerni, ale umówmy się... to nie jest podstawowa i niezbędna paleta i na pewno nie pierwsza. Przynajmniej ja jej jako pierwszej nie polecam. 
Czy ją lubię? 
I tak i nie! Z jednej strony jest piękna i wyjątkowa, ale z drugiej strony bardzo wymagająca zarówno w obchodzeniu się z samą paletą jak i jej zawartością. 
Czy kupiłabym ją ponownie?
Tak. 
Jeżeli chcecie znać konsystencję tych cieni i jak się z nimi pracuje, to porównać z nią można jedynie Affect Naturally Matt, która jest znacznie tańsza, ale jakościowo prawie identyczna. 

Co o niej myślicie?
Podoba Wam się?
Ja chcąc mieć pewność orginału, swoją paletę kupiłam na stronie LookTop.pl.
Czytaj dalej »

piątek, 26 stycznia 2018

Tanie pędzle godne polecenia | Jessup | porównanie modeli z Zoeva

     Pędzle to nieodłączne narzędzie wizażysty. Mówi się, że 'jak dobry wizażysta, to nawet palcem cudo zmaluje'. Zgadzam się w 100%, ale skoro możemy sobie ułatwić i uprzyjemnić pracę, to - czemu nie! Pędzle swoją ekspansję do kosmetyczek domowych rozpoczęły stosunkowo nie dawno, bo w końcu prym wiodły pacynki. Pamiętacie? Te nieszczęsne, twarde pacynki, które teraz każda z nas w sumie wyrzuca. Nikt nie narzekał i robił jak umiał. Od niedawna jednak wszystko się zmieniło. 
     W swoich zbiorach mam pędzle różne. Zaczynałam od Donegala i Ecotoolsa (swoją drogą to bardzo dobre i miękkie pędzle). Później przy coraz popularniejszym Youtube urodowym zaczęłam sięgać po Hakuro (wciąż służą mi, niektóre już nawet 7 lat). W ostatnich latach jednak skusiłam się na Zoevę, Kavai i Hulu. Teraz testuję Sigmę i czekam na MBrush. 
     W tym poście jednak mam dla Was coś naprawdę taniego, co kupiłam i przetestowałam, bo wiele dziewczyn chwaliło na różnych grupach. Mam je około 3 mcy, więc mogę już coś na ich temat powiedzieć. 
Jessup. Pewnie słyszeliście już nie raz! Pędzle dostępne na Alieexpres, w bardzo korzystnych cenach. (Tu od razu dodam, że poza gadżetami i narzędziami, nie kupuję nic innego na Alie, a Broń Boże żadnych kosmetyków :O) Za zestaw 15 pędzli zapłacicie około 50-70 zł w zależności od kursu dolara. Zdecydowałam się na te w kolorze różowym, ale na końcu podlinkuję Wam całość. Pędzle są mocno inspirowane Zoevą. W dołączonej do nich ulotce znalazłam też informację, że są z włosia naturalnego i syntetycznego. Po ulotce i jakości widać, że jest to firma, która stara się o jakość i dobre opinie na forach. Znajdziecie w niej informacje o samej firmie, jak dbać o włosie pędzla jak i odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania. Wygląda to bardzo profesjonalnie. 
Jak łatwo zauważycie, modele i ich nazwy są Zoevowskie dosłownie. Jedynie swoje mają logo i skuwki nie są dwa razy zaciskane. Zobaczycie to na kolejnych pędzlach. Są też zdecydowanie rzadsze we włosiu. Nie są tak zbite jak ich starsze siostry. Tutaj powyżej widzicie pędzle z włosiem naturalnym. Są miękkie, mają drewniane trzonki i nic się nie dzieje zarówno ani z włosiem jak i trzonkiem. 
Tutaj są pędzle syntetyczne. Te mniej i bardziej precyzyjne. Bardzo dobrze się z nimi pracuje i pięknie się domywają. Pokażę wam niektóre w towarzystwie Zoevy, abyście zobaczyli różnicę w budowie:
228 - Luxe Crease. Oba pędzle nazywają się tak samo :) Zoeva jest jednak bardziej spiczasta, przez co łatwiej wchodzi w załamanie. Dodatkowo jest bardziej sprężysta przez większą ilość włosia. 
231-Luxe Petit Crease. Dokładnie ta sama sytuacja co powyżej.
234 - Luxe Smoky Shader. Zoeva znów bardziej precyzyjna i zbita.
Pędzel do korektora. 142 - Concealer Buffer. Jessup trochę rzadszy i dłuższy we włosiu. 
Tu jeszcze macie porównanie napisów. Jessupy na początku napisy miały holograficzne, ale wraz z upływem czasu powłoka się starła i teraz są po prostu srebrne z nieznacznym połyskeim holo. 
Dlaczego porównuję te dwie marki? Bo samej mi się to nasunęło, gdy je zobaczyłam. Są chińską próbą kopii. To trochę jak KLips - niby chcą to samo, ale jednak nie jest. Czy są przez to gorsze? Absolutnie nie! Ja osobiście jestem z nich bardzo zadowolona. Używam każdego z zestawu. Nie ma tu dla mnie pędzla zbędnego. Syntetyczne świetnie sprawdzają mi się do produktów kremowych, a naturalne do rozdmuchiwania oka lub nakładania rozświetlacza. Praca z nimi jest przyjemna! Mycie jest bardzo szybkie, ale trzeba pamiętać, by białe włosie owinąć jeszcze mokre w papier ręcznikowy w cukierek, bo lubię się mocno rozcapierzać. To może być uciążliwe, ale właściwie każde naturalne włosie ma tę właściwość. Oczywiście, że nie jest to Zoeva, ale czy każdy musi mieć Zoevę? Uważam, że ten zestaw jest fajny zarówno na początek do użytku domowego jak i do uzupełnienia swojego zbioru pędzli w salonie. Włosie z nich nie wypada ( w niektórych wystawały pojedyncze włoski, ale wystarczyło przyciąć), nie drapie i jest bardzo miłe.
Dodatkowo... to jedynie pędzle z Alie, które z czystym sercem Wam polecam. Przyszły po dwóch tygodniach, nie śmierdziały i są dobre jakościowo. Mam też słynne 'jednorożce' i tęczowe, ale... one raczej tylko wyglądają. Sprawdzają mi się jedynie do użytku własnego na szybko, ewentualnie na klientkach do korektora. Te natomiast naprawdę dają radę. Jakościowo porónałabym je do Hakuro. Przestrzegam Was przed przepłacaniem za nie na polskich stronach! Z Alie idzie dłużej, ale zdecydowanie w korzystniejszej cenie :) 
Linki: wszystkie i różowy zestaw mój. 
Zamówiłam je z ciekawości, a jestem z nich bardzo zadowolona! 
Znacie?
Czytaj dalej »

niedziela, 21 stycznia 2018

A gdyby tak móc skomponować swoje paletki? | Mary Kay

  Na wstępie tylko zaznaczę, że post nie jest sponsorowany i nikt mi nie dyktuje opinii. Owszem, jestem ambasadorką marki, ale póki co testuję i wyrabiam sobie zdanie o marce. Dziś chcę pokazać Wam nowość, która dostępna jest w sprzedaży od 16.01, a ja mam okazję testować i myślę, że mogę już powiedzieć kilka zdań na ich temat. 
 Jestem testerką idealną! Ilekroć słyszę fenomenalna nowość Mary Kay, to mnie w środku aż korci, by to przetestować i udowodnić, że są na rynku lepsze produkty. W końcu maluję na różnych produktach i nie wszystko mi się sprawdza, nie wszystko lubię, a przede wszystkim nie wyobrażam sobie ograniczyć się do jednej marki :) Za dużo frajdy sprawia mi praca na różnych produktach. 
   Kolorówkę testować lubię najbardziej. Te cienie testowałam kilka dni w różnych kombinacjach. Zaraz Wam wszystko o nich napiszę. 
Kolekcja zawiera 22 cienie o unikatowej formule - 10 matowych i 12 cieni błyszczących, które są bezdrobinowe, a bardziej perłowe. Na zdjęciu powyżej macie je wszystkie. Ja osobiście, gdy je zobaczyłam, to stwierdziłam, że są szare, bure i ponure. Poprzednie ich cienie mnie zupełnie nie uwiodły, ale czemu nie dać szansy nowemu? 
Błyszczących jest więcej. Moje ulubione to śliwka, zieleń i wszystkie jasne. Nakładane palcem tworzą przepiękną taflę na powiece. Dwa z odcieni idealnie nadają się na rozświetlacz (Moonstone i Crystalline). 
Matowych mamy 10. Brak mi w nich ciepłych odcieni, które są tak modne ostatnio. Mimo wszystko bardzo uniwersalnie i bezpiecznie. No właśnie... wydawało mi się, że nudno, ale... przy swatchach postanowiłam je poukładać sobie w mini paletki.Wiecie, takie pewniaki :)
Ta paleta jest dzienna z nutą szaleństwa. To taki pewniak, który będzie pasował większości, szczególnie tym, które zawsze sięgają po brązy i chciałyby używać, ale boją się kolorów. Te tutaj są bezpieczne. Można je nałożyć jako akcent na dolnej powiece. Taka dzienna elegancja z kolorem. Brązy i śliwka, a w szaleństwie też bardzo elegancka zieleń. Kolory to (od lewej): Biscotti, Candlelight, Hazelnut, Mahogany, Sweet Plum i Emerald Noir. Kolory w tym zestawieniu kojarzą mi się z jedną z paletek Smashbox :)
Ta jest taka modna ostatnio. Zgaszone róże i borda. Piękna i bardzo klasyczna. Kolory od lewej to: Rose Gold, Golden Mauve, Espresso, Soft Heather, Dusty Rose i Merlot. 
Kolejna to taka typowo wieczorowa do Smokey. Nie zastanawiasz się, sięgasz, mieszasz, nakładasz i masz :) Kolory od lewej to: Granite, Cashmere Haze, Smoky Quartz, Shadow, Onyx i Starry Night. 
Ostatnia to taka paleta połyskująca. W sumie takie resztki, ale niech Was to nie zwiedzie :) Kolory od lewej to: Rustic, Crystalline, Moss i Moonstone. Tu właśnie znajdują się cienie, które idealnie sprawdzą się jako rozświetlacze. 
Takie minipaletki są idealne na podróż. Zabierasz ze sobą 6 cieni skomponowanych dla siebie samej. Wyciągasz i nie zastanawiasz się co zrobić na oku. Albo wtedy, gdy rano masz 10 minut na makijaż, wyciągasz i wiesz, że makijaż będzie spójny i trwały. Dodatkowo masz pewność, że w swojej skomponowanej palecie będziesz korzystać ze wszystkich cieni, a nie tak jak w przypadku gotowych palet. 
Okej, dość prezentacji :) Czy ja się z nimi polubiłam?
Bardzo! Zaskoczyłam się, bo tak, jak pisałam - nie podobały mi się wizualnie. Wszystko się zmieniło, gdy zaczęłam się nimi malować. Przetestowałam je ciężko, bo bez bazy, a na przypudrowany korektor. Po pierwsze: są mocno napigmentowane, ale można je budować. Nie robią plam, dziur i pięknie się rozcierają. Kolory nie zlewają się w szarości i nie utleniają się w ciągu dnia. Nie zebrały się w załamaniach, nie zrolowały się, nie porobiły się prześwity.Po prostu szok! Dodatkowo widzę sens tej burej palety kolorystycznej - cokolwiek ze sobą połączycie na oku - będzie to grało. Te cienie zdecydowanie bardziej podobają mi się niż ich ostatnie czwórki, które nie podobają mi się zupełnie. Są takie meh! Ale te? Najbardziej lubię z nich odcienie Merlot, Sweet Plum i Emerald Noir. Przepiękne! 
Na zdjęciu jeden z moich pierwszych makijaży tymi cieniami, czyli wszystko na raz :) Bardzo przyjemnie się z nimi pracuje i mają naprawdę specyficzną formułę. Ona jest taka mokro-sucha. Taka aksamitna, ale jednak pudrowa. Musicie sami to pod palcem obczaić przy okazji. Ta formuła pozwala na aplikację warstwową bez plam. 
Wady? 
  • Cena - 36 zł za cień, ale będą wydajne.
  • W katalogu kolory są bardzo przekłamane - przyciemnione i inne niż w rzeczywistości.
  • Dostaniecie je tylko u konsultantek, ale one powinny mieć pełną paletę kolorów przy sobie na żywo, więc możecie sobie je podotykać i same wybrać, które tak naprawdę chcecie, więc nie wiem czy to taka wada :) Ja osobiście polecam zakupy u Asi, do której kontakt znajdziecie tutaj (klik). 
Dajcie znać, czy któraś z moich propozycji kolorystycznych Wam przypadła do gustu!
Czytaj dalej »
Copyright © 2014 B L O N D L O V E , Blogger