Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 października 2017

Biała maska na zaskórniki | Czy działa?

   Wyobraźcie sobie, że ta maska to już u mnie leży od czerwca i dopiero teraz doczekała się swoich 5 minut na blogu i około 30 minut na mojej twarzy! Dostałam ją od Kingi i Pawła, którzy myśleli o mnie podczas swojej podróży poślubnej dookoła Świata. To są szaleni ludzie, dlatego tym bardziej mi miło, bo to to nie jest jedyna maska, którą dostałam! Takie wsparcie od innych jest nieocenione! 
   W sobotę byłam na weselu i w makijażu paradowałam dokładnie 22 h. Jeżeli chcecie, to zdradzę Wam w którymś poście co przetrwało na mojej twarzy od 6 rano do 4 nad ranem z jedynie delikatnie świecącym się czołem. Sama byłam zdziwiona tą magią! Nie ulega jednak wątpliwości, że po takim dniu, cera potrzebowała dogłębnego oczyszczenia, a to najlepszy czas na testy!
Maska jak widzicie, jest naprawdę niewielkich rozmiarów. Pochodzi z Azji, ale może Kinga w komentarzu napisze skąd dokładnie (jeśli jeszcze pamięta). Ma napisy po angielsku, ale tak naprawdę to one są w 100% zbędne, bo wszystko jest na niej jaśniutko wyrysowane. Te azjatyckie obrazki są tak urocze, że nawet wągry wyglądają na nich 'zabawnie'. 
Instrukcja również jest prosta. Jeżeli nie widać dokładnie to najpierw:
1. robimy parówkę. Ja zaparzyłam rumianek na dnie dużego garnka, tak aby włożyć głowę i aby para otuliła moją twarz.
2. osuszamy i nakładamy maskę... I tu pojawił się problem, bo maski jest na tyle 'dużo', że starczyło mi tylko na czoło i nos :D Nie ma szans, abym pokryła całą twarz tą zawrotną ilością.
3. Czekamy, aż zaschnie i odrywamy. U mnie maska schła około 30 minut. 
4. Twarz jest oczyszczona, gładka i promienna :)
Konsystencja jest dokładnie taka jak popularnej czarnej maski, ale zdecydowanie ładniej i delikatniej pachnie. Nie jest też tak agresywna przy odrywaniu, ale...
Maska na twarzy zastyga i po chwili zaczynają przebijać czarne kropeczki, ale nie wierzyłam, że je wyciągnie. Po oderwaniu wygląda jak wyżej. Bliżej (jeżeli jesteś bardzo wrażliwa lub wrażliwy, to nie patrz teraz) wygląda tak: 
Ona naprawdę wyciąga. Bez ściemy! :D Sama jestem zaskoczona. Nie jest to 100% oczyszczenie, ale jestem pod wrażeniem. Te azjatki to chyba jednak wiedzą co robią. Nie znalazłam jej niestety nigdzie do kupienia, ale znalazłam informację, że ona chyba pochodzi z Tajlandii. 
Znacie jakiś odpowiednik takiej maski peel off?
Tylko nie czarna, bo to czarny klej do tapet :D 
Czytaj dalej »

środa, 13 września 2017

Innowacyjna maska z biocelulozy | Mary Kay | Moja opinia

    Po zwariowanym weekendzie, w poniedziałek nastał idealny moment na zrelaksowanie się podczas robienia maski na twarz. Kiedyś tu na blogu prowadziłam serię maskową w środy i wiecie, co? Może warto do tego wrócić! Do testów dostałam tę maseczkę w czwartek, ale chciałam pod nią dokładnie twarz oczyścić, by była dla niej jak największą korzyścią. Czy tak się stało? Wiem jedno! Maska na pewno jest wyjątkowa i warto o niej wspomnieć tu na blogu :) 
Na początek obietnice, czyli to od czego warto zacząć. 

"Liftingująca Biocelulozowa Maskę TimeWise Repair™ widocznie unosi i ujędrnia skórę oraz pozostawia ją wyraźnie młodszą już po dwóch tygodniach stosowania. Skóra jest widocznie bardziej promienna, miękka i gładka już po pierwszym użyciu. Potwierdzono klinicznie, że powoduje wzrost poziomu nawilżenia skóry przez 24 h." 

Odważnie, co?
Pewnie wiele z Was zastanawia się co to jest ta bioceluloza... Nie martwcie się, ja też musiałam poszukać i ogarnąć :) Bioceluloza to nic innego jak czysty materiał roślinny uzyskiwany z wody kokosowej. Połączone włókna tworzą niezwykle chłonną, trójwymiarową „tkaninę”, dzięki której maska jest wypełniona kompleksem dobrych dla skóry składników (między innymi ekstrakt z ziaren owsa, wyciąg z kwiatu orchidei, a także hialuronian sodu, znany ze swych właściwości nawilżających skórę czy też witaminę E). Ten specyficzny materiał maski sprawia, że produkt ten ściśle przylega do skóry, przekazując jej wszystkie odżywiające składniki, podczas 20-30 minutowej aplikacji. 
Po tych zdjęciach już pewnie zrozumieliście, że to nie jest zwykła maska w płacie. Podczas 30 minutowej aplikacji czułam delikatne mrowienie, ale nie drażniące a jakby wchłaniające. Tak jakby cała zawartość chciała przeniknąć w moją skórę. Aplikacja jest banalna, bo otwieramy maskę...
...i wyciągamy bardzo mokry kwadrat, który po rozłożeniu przypomina kształt wszystkich innych masek w płacie. Rozkładamy go więc i odrywamy jedną z trzech warstw. Dopasowujemy maskę do twarzy i ściągamy warstwę wierzchnią. Przez 30 minut staramy się relaksować (możemy nawet zakryć oczy), ale jeśli nie jest to możliwe to nic się nie dzieje, bo maska idealnie przylega do twarzy. Nie przesuwa się, nie odrywa nigdzie i nic z niej nie kapie. Jest bardzo komfortowa. 
W opakowaniu zostaje jeszcze sporo płynu i nie polecam tego wyrzucać! Ja codziennie po pielęgnacji nakładam jeszcze cienką warstwę tego płynu, bo bardzo zmiękcza twarz, mocno nawilża i błyskawicznie się wchłania. Możecie też wykorzystać go na szyję i dekolt.

Więcej o tej masce przeczytacie tutaj: http://tiny.pl/gjvrl.

Dla kogo jest ta maska? 
Dla każdego rodzaju cery w każdym wieku :) Dla cery dojrzałej polecam serię dwutygodniową, czyli 2 maski w tygodniu.

Co ja o niej myślę?
Zdecydowanie spełnia obietnicę producenta jeżeli chodzi o efekty po pierwszym razie. Cera ma bardziej wyrównany koloryt, zdrowy blask i jest bardzo mięciutka. Co ciekawe, efekt faktycznie nie znika, a utrzymuje się przez bardzo długi czas. Najlepszy efekt widziałam na drugi dzień rano. Cera po nocy była uspokojona, wciąż miękka i wygładzona. 
Choć cena z pewnością nie jest dla każdego, to ja ją polecam. Szczególnie kobietom po 25/30 roku życia kiedy cera zazwyczaj zaczyna tracić jędrność i blask :) Ja jestem zadowolona z efektów, ale kobiety, które testowały ją razem ze mną z cerą dojrzalszą niż moja były zachwycone efektami, więc warto spróbować!

Jak kupić?
Zakupy można robić przez stronę www.marykay.pl  z pomocą wybranej konsultantki z Waszego miasta. Na Żywiecczyźnie polecam Joannę

Jakie maski są godne polecenia według Was?
Co chcecie bym przetestowała?
Czytaj dalej »

wtorek, 18 lipca 2017

L'Oreal | Maska z glinką | Detoksykująco-rozświetlająca | Moja opinia

Cześć,
przyznaję się bez bicia, że już dawno chciałam stosować glinki na twarz, ale jestem zbyt "leniwa" i rozrabianie tych wszystkich mikstur po prostu często mnie zniechęcało. Mam jednak dziś dla Was recenzję maski, która jest odpowiedzią na moje "niechciejstwo" i jeszcze nie tak dawno wraz z dwoma siostrami robiła szał w świecie Beauty. Wtedy się na nią nie skusiłam, ale gdy w Rossmann zauważyłam je na promocji 24,99 zł, to jednak stwierdziłam, że bardzo jej potrzebuję. Dlaczego skusiłam się na tą i czy jestem zadowolona? Zapraszam po odpowiedzi niżej :) 
W ofercie L'Oreal obecnie znajdują się trzy maski: oczyszczająco-matująca (zielona), złuszczająco-wygładzająca (czerwona) i ta, którą posiadam, czyli detoksykująco-rozświetlająca (czarna). Analizując przeznaczenie, stwierdziłam, że moja skóra jest na tyle normalna, że nie potrzebuje ani ogromnego złuszczania, ani nadmiernego zmatowienia, dlatego zdecydowałam się na detoks.
Maska zawiera w swoje formule 3 mineralne glinki:
  • kaolin - glinka o wysokiej zawartości krzemianów, która doskonale absorbuje zanieczyszczenia i nadmiar sebum,
  • montmorylonit - glinka niezwykle bogata w minerały pomaga zredukować niedoskonałości,
  • ghassoul - glinka o wysokiej zawartości oligoelementów rozjaśniających skórę. 

A sam producent obiecuje, że: kremowa formuła maski została wzbogacona w węgiel, aby oczyścić skórę z toksyn i przywrócić jej blask. Natychmiast po użyciu skóra jest oczyszczona i pełna blasku.
Maska zamknięta jest w szklanym, eleganckim słoiczku o pojemności 50 ml. Ma wystarczyć nam na co najmniej 10 użyć. Niektórym starcza na więcej. Ja jestem nieoszczędna i raczej wystarczy mi tylko na 10 choć przyznam, że skrupulatnie tego nie liczę. 
Stosowanie i działanie:
Maska przepięknie pachnie, co jest to jej dużym atutem (zapach utrzymuje się na skórze po zmyciu maski) i rewelacyjnie się nakłada jak krem. Gładko i miękko otula twarz. Nie spływa i łatwo się zmywa. Ja nakładam ją na całą twarz pomijając okolicę oczu i ust. Z racji tego, że codziennie stosuję peeling i żel do mycia twarzy, to maskę stosuję zazwyczaj raz w tygodniu, a właściwie według potrzeb. Sięgam po nią zawsze wtedy, kiedy widzę, że skóra jest pozapychana i szara, gdy widzę, że mam mocno rozszerzone pory, a także przed cięższym imprezowym makijażem. Ja z nią się bardzo polubiłam! Trzymam ją na twarzy do 10 minut i zmywam ją za pomocą mokrego, ciepłego, małego ręcznika. Taki sposób jest dla mnie najszybszy i najwygodniejszy. Po każdym takim zabiegu ręcznik ląduje oczywiście w praniu :) Po nałożeniu od pierwszej minuty czuję na twarzy delikatne pieczenie i coraz mocniejsze ściągnięcie. Nie każdemu może się to podobać. Za pierwszym razem się przestraszyłam, ale ryzykując, wytrzymałam to, a twarz po ściągnięciu nie była ani trochę podrażniona. Zrozumiałam, że ona po prostu tak na mojej skórze pracuje. 

Rezultaty:
Twarz po masce jest idealnie przygotowana pod kolejne zabiegi i później pod makijaż. Nie jest sucha, ale czuć, że jest spragniona kremu. Jest miękka, gładka i faktycznie rozświetlona. Ma taki zdrowy blask. Zdecydowanie nabiera ładniejszego kolorytu, a pory są widocznie zmniejszone. 
Podsumowując, ja maskę polubiłam, działa u mnie tak jak obiecuje producent i na pewno, gdy mi się skończy, kupię kolejną. Aplikacja jest dla mnie bardzo wygodna. Odkręcam i mogę obiema rękami działać. Nie muszę ani ściskać tubki, ani motać się z saszetką. Nie polecam jej osobom o cerze wrażliwej i naczynkowej, nie polecam zostawiać do całkowitego wyschnięcia na skórze i nie polecam kupować bez promocji :) 

Znacie te maski?
Teraz już czaję te zachwyty nad nimi,
ale oczywiście musiałam to sprawdzić!
Czytaj dalej »

wtorek, 28 lutego 2017

Sposób na oczyszczenie porów | DIY | Maseczka żelatynowa

Cześć,
dziś przygotowałam dla Was post DIY, czyli maseczkę peel off domowej roboty. Nic trudnego i z łatwo dostępnych składników. Robi się ją szybko, prosto i daje naprawdę fajne efekty. Zapraszam dalej, jeżeli jesteście ciekawi co i jak :) 
Dla kogo? Dla wszystkich, którzy zmagają się z zapchanymi porami w okolicach nosa, czoła i brody. 
Jak to zrobić?
Maseczka składa się z dwóch składników: wody i żelatyny w stosunku 1:1 czyli 2 łyżki mleka i dwie łyżki żelatyny. Podgrzewamy to na palniku do całkowitego rozpuszczenia albo wkładamy do mikrofali. Należy odczekać chwilę aż ostygnie i nałożyć na wybrane partie twarzy. Polecam wzmocnić efekt i wcześniej zrobić sobie parówkę lub przyłożyć do twarzy ciepły ręcznik, aby wszystkie pory się otworzyły. Moją maseczkę tym razem z lenistwa wymieszałam mieszadełkiem do spieniania mleka i utworzyła mi się pianka. Ja polecam Wam jednak mieszanie łyżeczką i nakładanie jednolitej masy. Ta konsystencja pianki nie jest zła, ale z poprzednich razów wiem, że jest mniej skuteczna.
Jak nakładać?
Ja robię to pędzlem, ale można to zrobić również palcami. Należy jedynie uważać i nakładać maseczkę bardzo precyzyjnie. Szczególnie ostrożnie w okolicach oczu i brwi, bo możecie podrażnić wrażliwą okolicę oczu lub skutecznie wydepilować sobie brwi :) 
Jak długo trzymać?
Trzymać do całkowitego wyschnięcia (zależy od grubości warstw), czyli około 20-30 minut. Następnie ściągać bardzo delikatnie. 

Moje dodatkowe informacje: 
Ściąganie maseczki jest dość bolesne, więc osoby wrażliwe (a szczególnie te z wrażliwą cerą) powinny uważać. Dodatkowo nie warto nakładać je na partie twarzy, gdzie mamy dużo tak zwanego meszku. No chyba, że macie pragnienie depilacji :) 
Zapach nie należy do najpiękniejszych, ale da się wytrzymać:) 

Efekty:
Nie będę Wam pokazywać co udało mi się osiągnąć, ale jedno jest pewne - maseczka jest skuteczna. Wyrywa zarówno meszek z twarzy jak i zawartość porów, które stają się ładnie oczyszczone. Warto czynność powtarzać, ale nie częściej niż 1-2 razy w tygodniu, a następnie nawilżać cerę.
Znacie tę maskę?
Chcecie więcej takich przepisów?
Czytaj dalej »

piątek, 4 listopada 2016

Maseczka z błotem z minerałami z Morza Martwego | See See | Sprawdź czy polecam

Cześć,
we wtorek wydało mi się, że może 1 listopada nie wypada zawracać głowy innymi sprawami niż tymi cmentarzowo-wspomnieniowymi. Postanowiłam więc uszanować Święto Wszystkich Świętych i napisać dopiero dziś.
Mam dla Was recenzję maski, właściwie to podwójną recenzję, bo testowałam ją i ja i moja siostra, która ma dość spore problemy z cerą. Dostałam ją w beGLOSSY i wzbudziła wtedy Wasze zainteresowanie, więc zaczynajmy!
Maska opakowana jest w plastikowy słoiczek dodatkowo zabezpieczony plastikowym krążkiem. Wygląda prosto i elegancko. Zapach błotnisty - dosłownie.
Konsystencja bardzo gęsta, zbita, mokra. Bardzo ciężko zanurzyć w niej palce jednak rozprowadza się na twarzy bardzo przyjemnie. Oczywiste, że nie spływa. 
Działanie w mojej i siostry opinii:
  • Nakłada się ładnie, należy nałożyć warstwę nieco grubszą ok. 1 mm, tak aby nie było prześwitów skóry. Omijamy okolicę oczu - to oczywiste.
  • Maska zasycha w około 15 minut. W tym czasie nie zauważyłyśmy swędzenia, pieczenia czy dyskomfortu. 
  • Zapach nie przeszkadza.
  • Zmywanie. Najlepiej maskę zrobić po demakijażu na oczyszczoną skórę, ale przed prysznicem, bo zmywanie jest dość kłopotliwe... jak to błotko. 
  • Efekty. Skóra uspokojona, gładka, rozświetlona, miękka, niewysuszona. Cera mojej siostry po dwóch razach stosowania zdecydowanie zrobiła się ładniejsza. Byłam zaskoczona! Moja po tej masce jest oczyszczona i przyjemna w dotyku, taka... ładna. 
  • W smaku jest słona... poczułam przy zmywaniu. Warto dla wzmocnienia efektu nałożyć krem, ale nie zauważyłam konieczności tego kroku:) 
Zdjęcia robione są zaraz po otrzymaniu maski, teraz ją już denkuję:) 
Zdecydowanie Wam ją polecam, choć zmywanie nie jest najłatwiejsze - 
efekty są tego warte i zauważalne od razu. 


Czytaj dalej »

piątek, 17 czerwca 2016

Oczyszczona i piękna - maska Skin79 - Honey

Cześć,
kto nie czytał wczoraj notki o pisakach z Catrice to odsyłam, a dziś robię aktualizację masek Skin 79. Ostatnio pisałam Wam o masce z tej samej serii co dzisiejsza - Miękka, uspokojona i odżywiona - Maska Skin79 - Tea Tree. Czy Maska Miodowa sprawdziła się tak samo dobrze jak jej siostra? 

  • Wygląd maski. Identyczny jak w poprzedniej masce. Płat Bawełniany z wycięciem na oczy, nos i usta. Bardzo mokra, ale niekapiąca, chyba że ściśniemy ją mocniej.
  • Aplikacja. Banalna. Nakłada się sama i trzyma się bardzo mocno. Można chodzić z nią, a z niej nie kapie i nie spada z twarzy. 
  • Pierwsze wrażenie. Zawsze na plus, bo nakładając mokrą maskę na twarz czujemy przyjemny chłód.
  • Wrażenia podczas trzymania jej na twarzy. Prze pierwsze kilka minut miałam wrażenie, że wpija się w twarz. Czułam delikatne mrowienie, które ustąpiło.
  • Zdejmowanie. Bardzo proste. Po 20 minutach maska była jeszcze mokra, a nadmiar, który został na twarzy wmasowałam w cerę. 
  • Działanie. Skóra mięciutka, gładka, delikatna, miła w dotyku. Mam wrażenie, że uspokojona, odżywiona i wygląda jakoś tak ładniej. Generalnie w ogóle mam wrażenie, że maski poprawiły wygląd mojej twarzy w nieznacznym (dopiero druga styczność z tymi maskami), ale dla mnie widocznym stopniu. Aktualnie nakładam tylko cieniutką warstwę podkładu, ale mogłabym wyjść też Saute, ale po co? :D 
  • Reakcje uczuleniowe. Niemiłe wrażenia. Dziwne uczucia. Brak
  • Cena. Spora, bo 10 zł w promocji, ale adekwatna do jakości.
  • Dostępność. Tylko internetowo i w Krakowie w Pigmencie (zazdroszczę!) 
  • Moja ocena. Oprócz masek z Tołpy, to są to moje ulubione! To moja druga i się nie zawiodłam. Cera jest naprawdę nawilżona i ładna. Ja na pewno zaopatrzę się jeszcze w kilka. Polecam
Zapomniałam jeszcze o opakowaniu maski, które ma jedną bardzo błahą zaletę, na którą my kobiety lubimy zwracać uwagę - jest po prostu ładne!:) I kropka.

Miłego dnia!
Czytaj dalej »

środa, 8 czerwca 2016

Miękka, uspokojona i odżywiona - Maska Skin79 - Tea Tree

Cześć,
z małym opóźnieniem, ale jestem. Obiecałam Wam, że jak będę testować maski, to Wam dam znać. Ostatnio jakaś taka zagoniona jestem, że miałam nie za wiele czasu na testy, ale w końcu moja cera, aż krzyczała o chwilę dla siebie, która nie nazywa się "mycie", "oczyszczanie", ani nawet "krem", dlatego zdecydowałam się sięgnąć po maskę Skin79. Jak wiecie mam kilka różnych masek tej marki, ale akurat ta wydawała mi się wtedy najlepsza. 
Maska ma przepiękną szatę graficzną. Może to dla wielu nie jest istotne, ale przyjemniej korzysta się z kosmetyku, który ładnie wygląda. Letni kolor, ekstra grafika i mnóstwo informacji w obcych językach. Na szczęście producent zadbał o opis w języku polskim przyklejając go z tyłu opakowania.
Jest to maska w płacie - ostatnio stawiam tylko na takie. Są po prostu wygodne w użyciu. Nie trzeba brudzić sobie dłoni, wyciskać i równomiernie nakładać. Wystarczy tylko wyciągnąć, rozłożyć i nałożyć na twarz. Nic nie spływa, nie rozmazuje się - komfort nie do opisania. Trudno jedynie z taką maską mówić:) 
Maska jest idealnie i bardzo mocno nasączona. Nie kapie, wszystko trzyma się na płacie. Zapach jest delikatny - wyczuwalna jest w minimalnym stopniu zielona herbata i aloes. Świeża, orzeźwiająca, nie nachalna, delikatna.
Działanie bardzo przyjemne. Trochę chłodzące, ale to kwestia nakładania mokrego płatu. W obecnej pogodzie bardzo umilające aplikację. W ciągu 20 minut nie zauważyłam żadnego niepożądanego objawu. Nic mnie nie zaniepokoiło i nie podrażniło. Po zdjęciu maski wklepałam pozostałość, wmasowałam i cera była bardzo uspokojona, nawilżona, gładka, miła w dotyku i miękka. 
Zdecydowanie wiadomo, że jednorazowe użycie maski jest efektem chwilowym, aby podtrzymywać efekt należy to regularnie powtarzać. Każdy to wie:) Napiszę Wam tylko, że ja nałożyłam ją w piątek, a efekt spokojnej i odżywionej skóry utrzymywał mi się do poniedziałku. Nie wiem na ile to działanie maski, ale zmiany trądzikowe na twarzy od tamtej pory już nie występują, a codziennie tworzyło mi się coś nowego. Cera jest taka... ładna. :)

Edit: Oprócz multum plusów, znalazły się też dwa minusy... Pierwszy dostępność - z tego co wiem, to tylko internetowo... i to najlepiej prosto ze strony Skin79 lub z MintiShop (linki od razu do masek), bo zdarzają się podróby. Drugi minus to cena - regularna 15 zł, ale akurat trwa na nie promocja za dyszkę :)))) 
Ja jestem zadowolona i Wam tę maskę polecam z czystym sercem! 

Post nie jest sponsorowany.

Czytaj dalej »

piątek, 8 kwietnia 2016

Dłonie - akcja regeneracja, czyli SPA dla dłoni!

Cześć,
nie od dziś wiadomo, że moje dłonie nie są najszczęśliwszymi dłońmi na świecie i choć moja Mama zawsze powtarzała, że "dłonie są wizytówką kobiety", to rzadko kiedy są one "wyjściowe". Trochę wstyd, wiem. Moimi największym grzechami wobec nich jest zapominanie rękawiczek, odrapywanie i obgryzanie skórek (Fe!) i nieregularne nawilżanie. Apogeum przyszło ostatnio, gdy dotknęłam dłoni mojego męża i się przestraszyłam. Jego dłonie delikatne i gładkie, a moje suche i szorstkie. Tak było tydzień temu/ Czy teraz jest lepiej? Jaką rolę odegrały w tym magiczne rękawiczki z Biedronki? Przekonajcie się ze mną w dalszej części posta:) 
W kartonowym opakowaniu, plastikowa torebka. Obietnice i sposób użycia na opakowaniu:
Ładnie, przejrzyście, konkretnie. Na składzie się niestety nie znam, oceniam kosmetyk po działaniu na sobie.
Moje dłonie PRZED i wszystkie przewinienia na nich. Odrapane kciuki są wynikiem stresu... Robię to totalnie nieświadomie i bardzo mi z tym źle. Bywają okresy, że skórki są wzorowe, ale teraz jest kiepsko!
Małe zawiniątko w foliowej torebce. Suche.
Ogromne rękawiczki w środku. Możecie zauważyć, że są wypełnione płynem. 
Dodatkowe zabezpieczenie na plus. Gdy odpakujemy, a okaże się, że nie mamy czasu, bo coś nas goni, to produkt się nie marnuje.
Niewymiarowe. Nie wiem, która kobieta mogłaby mieć tak potężne dłonie! :) Ale... Jest plus! Przecież robimy sobie takie SPA, aby nic nie robić i się odprężyć, a rozmiar tych rękawiczek dodatkowo wybija nam to z głowy!:D Więc, jakiś tam cel jest:D
Dla wzmocnienia efektu wyciągamy z szafy ulubione rękawiczki. Mają być bawełniane, ale folia i tak nie przepuszcza powietrza, więc co za różnica? Moje wyglądają tak: 
I tak chodzimy/leżymy 20-30 minut. Czułam mrowienie i niesamowite ciepło. 
Po ściągnięciu wmasowujemy nadmiar i gotowe!

Moja opinia:
  • Zabezpieczenie produktu na duży plus.
  • Produktu w rękawiczkach jest wystarczająco dużo, a nawet więcej, ale nie wypływa on podczas aplikacji i chodzenia w nich.
  • Nie szczypały mnie dłonie podczas zabiegu.
  • Efekt zaraz po jest do totalnego miziania i utrzymuje się przez kilka dni. Wystarczy wieczorem smarować kremem dłonie.
  • Skórki wymagają dodatkowej pielęgnacji.
  • Widoczna i trwała poprawa skóry na wystających kostkach. Jest gładka i nie jest już tak podrażniona.
  • Czy polecam? I tak i nie. Fajny gadżet i jeżeli ktoś potrzebuje czegoś gotowego i jednorazowo, to tak, ale... kosztuje ona ok. 5 zł i producent zaleca stosowanie 1-2 razy w tygodniu, czyli za tydzień czy dwa stosowania jednorazowych rękawiczek kupimy dobry i nie taki tani krem do rąk, który możemy stosować codziennie. Rachunek jest prosty:) 
U mnie się sprawdziła, podratowała moje dłonie 
i raz za czas lubię taki zabieg sobie zrobić:)
W ogóle to Biedronka potrafi zaskoczyć!:)))

Czytaj dalej »
Copyright © 2014 B L O N D L O V E , Blogger