piątek, 3 marca 2017

Cashmere | Make up blur Maxi cover | Podkład z którym mam kłopot... | Więcej nie kupię

Cześć,
mam dziś dla Was pierwsze wrażenie połączone z krótką recenzją podkładu, który kupiłam dokładnie we wtorek. Wiem, że nie powinno się pisać recenzji tak szybko, ale ja wiem, że się z nim nie polubiłam i nie będę go używać. Przeszperałam tez internet w poszukiwaniu innych opinii, bo może tylko u mnie się nie sprawdził i zdania na jego temat są podzielone. Owszem, ma kilka zalet, ale ma też kilka wad, które skreślają go dla mnie właściwie całkowicie. Żeby było miło, to zacznę od zalet :)
Zaleta największa z wszystkich to opakowanie. Podkład zapakowany jest w kartonik i jeszcze folię zabezpieczającą, co daje nam gwarancję, że nikt wcześniej go nie tyckał swoimi palcami. Samo opakowanie właściwe również jest bardzo eleganckie i działa na zasadzie podnoszenia się dna wraz z ubywającą zawartością, co pozwala nam na kontrolę zużycia. Niestety w drogerii nie było testera, ale przyznaję, że skusiła mnie nazwa "Fluid-baza wygładzająco-kryjąca". No przecież idealnie, więc bez namysłu sięgnęłam po najjaśniejszy odcień i wylądowałam przy kasie. 
Od producenta: 
Fluid-baza CASHMERE multifunkcyjnie udoskonala cerę. Dzięki mikrosferom odbijającym światło niweluje wszelkie niedoskonałości i nierówności skóry oraz nadaje jej kaszmirową gładkość. Doskonale kryje i ujednolica koloryt skóry bez efektu maski. Lekka, kremowa konsystencja jest niezwykle przyjemna w aplikacji i perfekcyjnie dopasowuje się do naturalnego kolorytu cery. Dzięki wyselekcjonowanym składnikom aktywnym zapewnia skórze luksusową pielęgnację.

Zawiera:
• Olej migdałowy – chroni skórę przed wolnymi rodnikami i zabezpiecza przed utratą wody (w ósmej linijce składu)
• Magnesy wilgoci – zapewniają natychmiastowe nawilżenie skóry, poprawiają elastyczność i gładkość
• Ekstrakt ze złotej algi – wzmacnia i regeneruje barierę lipidową skóry, a także łagodzi podrażnienia i zapobiega zaczerwienieniom.
Okej. Konsystencja nawet i kremowa i ładnie się rozprowadzająca. Podkład zastyga na twarzy i pozostawia pudrowo-satynowe wykończenie. Skóra jest gładka i przyjemna w dotyku. Ma się wrażenie jakby się nakładało krem, który wpija się w skórę. Ładnie pachnie... i na tym koniec moich plusów... 
Swatche to od dołu: Cashmere w odcieniu Ivory, Inglot HD 71, Revlon ColorStay 150 Buff. Różnice w odcieniu są kolosalne, ale przecież Cashmere ma się idealnie stapiać w skórę i jej kolor. Spróbuję, a co! W końcu już go kupiłam, więc przetestuję :) 
Patrząc na to zdjęcie od przodu, to lewa strona twarzy jest pokryta podkładem, a prawa jest zupełnie czysta. Może i faktycznie wydaje się jakby ta lewa część twarzy była ładniejsza i bardziej gładka (niczym w Photoshopie), taka właśnie "smooth" ale nałożyłam na nią chyba ze 2 pompki... To bardzo dużo, jak na Maxi Cover podkład, nie sądzicie? Dodatkowo pierwsza warstwa nie odróżniała się znacząco od szyji, za to drugą już musiałam mocno i pewnie na nią ściągnąć, a i tak wygląda jakbym chciała się opalić. 
Tu pokrytą mam całą twarz, więc możecie się przyjrzeć dokładniej kryciu patrząc na prawą stronę. Jest bardzo średnie. Podkład ma tak zwane "magnesy wilgoci" cokolwiek to znaczy, które mają nawilżyć skórę i poprawić jej wygląd... Dziś miałam podkład na sobie 2 godziny i skóra była ściągnięta, a przy każdym ruchu twarzy czułam i widziałam jak się napina. Serio? Nie wiem o co z nim chodzi. Nie mam skóry suchej, a raczej normalną w stronę przetłuszczającej się. Przy ty podkładzie trzeba najpierw nałożyć solidną porcję kremu nawilżającego, więc po co w tym podkładzie baza? Faktycznie, jak patrzyłam w lusterko to wydawało mi się, że go w ogóle już na sobie nie mam, bo przy jednej warstwie się stopił i wyglądał bardzo prawie naturalnie, ale przy tym nie krył wcale... Prawie, bo w okolicy oczu widać było, że mi ją przesuszył. Nie sprawdzałam jak trzyma róż, bronzer itd., bo bałam się, że przy dłuższym noszeniu go na twarzy po prostu mnie zapcha, albo podrażni. 
Tu chciałam pokazać jak ciemnieje, ale widać to tylko minimalnie. Wpada w pomarańczkę przy kilku warstwach, więc nie polecam jakiegoś mega dokładania... 
Ach! No i wcale taki tani nie jest, bo kosztuje około 40 zł. Zdecydowanie lepiej kupić tańszy Pierre Rene Skin Balance. 

U mnie te podkład zdecydowanie się nie sprawdził, 
ale to tylko moja opinia, bo każdemu pasuje coś innego.
Jeżeli jednak chodzi o mnie to ja Wam go nie polecam.
Czytaj dalej »

wtorek, 28 lutego 2017

Sposób na oczyszczenie porów | DIY | Maseczka żelatynowa

Cześć,
dziś przygotowałam dla Was post DIY, czyli maseczkę peel off domowej roboty. Nic trudnego i z łatwo dostępnych składników. Robi się ją szybko, prosto i daje naprawdę fajne efekty. Zapraszam dalej, jeżeli jesteście ciekawi co i jak :) 
Dla kogo? Dla wszystkich, którzy zmagają się z zapchanymi porami w okolicach nosa, czoła i brody. 
Jak to zrobić?
Maseczka składa się z dwóch składników: wody i żelatyny w stosunku 1:1 czyli 2 łyżki mleka i dwie łyżki żelatyny. Podgrzewamy to na palniku do całkowitego rozpuszczenia albo wkładamy do mikrofali. Należy odczekać chwilę aż ostygnie i nałożyć na wybrane partie twarzy. Polecam wzmocnić efekt i wcześniej zrobić sobie parówkę lub przyłożyć do twarzy ciepły ręcznik, aby wszystkie pory się otworzyły. Moją maseczkę tym razem z lenistwa wymieszałam mieszadełkiem do spieniania mleka i utworzyła mi się pianka. Ja polecam Wam jednak mieszanie łyżeczką i nakładanie jednolitej masy. Ta konsystencja pianki nie jest zła, ale z poprzednich razów wiem, że jest mniej skuteczna.
Jak nakładać?
Ja robię to pędzlem, ale można to zrobić również palcami. Należy jedynie uważać i nakładać maseczkę bardzo precyzyjnie. Szczególnie ostrożnie w okolicach oczu i brwi, bo możecie podrażnić wrażliwą okolicę oczu lub skutecznie wydepilować sobie brwi :) 
Jak długo trzymać?
Trzymać do całkowitego wyschnięcia (zależy od grubości warstw), czyli około 20-30 minut. Następnie ściągać bardzo delikatnie. 

Moje dodatkowe informacje: 
Ściąganie maseczki jest dość bolesne, więc osoby wrażliwe (a szczególnie te z wrażliwą cerą) powinny uważać. Dodatkowo nie warto nakładać je na partie twarzy, gdzie mamy dużo tak zwanego meszku. No chyba, że macie pragnienie depilacji :) 
Zapach nie należy do najpiękniejszych, ale da się wytrzymać:) 

Efekty:
Nie będę Wam pokazywać co udało mi się osiągnąć, ale jedno jest pewne - maseczka jest skuteczna. Wyrywa zarówno meszek z twarzy jak i zawartość porów, które stają się ładnie oczyszczone. Warto czynność powtarzać, ale nie częściej niż 1-2 razy w tygodniu, a następnie nawilżać cerę.
Znacie tę maskę?
Chcecie więcej takich przepisów?
Czytaj dalej »

piątek, 24 lutego 2017

Zapodziajki torebkowe ostatniego czasu

Cześć,
kiedyś już rozpoczęłam tę serię na blogu, ale później używałam właściwie ciągle tej samej pomadki, albo samego EOSa, więc nie było sensu. Dziś jednak odkryłam, że trochę tych pomadek znów mi się nazbierało i w sumie są to moi ostatni ulubieńcy. Zapraszam!
Pewnie w ogóle nie jesteście zaskoczeni! :) Wszystkie płynne i wszystkie matowe. Oprócz nich na zdjęciu widzicie tez mój ukochany zapach z Avon "Sexi Pink" - bardzo słodki, ale też i zmysłowy, dziewczęcy i nieciężki. Wracam do pomadek. Wszystkie w sumie na blogu się już pokazały, a przekrój kolorystyczny mamy tu od nude do głębokiego wina. 
Aplikatory są do siebie bardzo podobne. Najbardziej chyba jednak lubię te z Golden Rose, bo są najbardziej precyzyjne. Swatche prezentują się następująco:
Od dołu: Wibo, MDL 06, Wibo MDL 05, GR 05, GR 03, Lovely K Lips Pink Poison. Najczęściej używałam jednak 5 z Wibo. Jest pięknym nudziakiem, który można bardzo szybko poprawić nawet bez patrzenia w lusterko:) Wszystkie są trwałe. Recenzje pomadek możecie poczytać tutaj, tutaj i tutaj. 
A Wam ostatnio jakie pomadki i kolory towarzyszą najczęściej?
Czytaj dalej »

wtorek, 21 lutego 2017

Kosmetyki Affect | Moje wrażenia i swatche

Cześć, 
w ostatnim poście z makijażem obiecałam Wam, że pokażę kosmetyki z Affect, których używałam nie tylko w tym konkretnym makijażu, ale też podczas warsztatów makijażowych. Kosmetyki te dostałam podczas spotkania blogerskiego, na którym byłam w styczniu. Okej, dość wstępu! Zapraszam dalej na prezentację. Post nie jest sponsorowany.
Kosmetyki zapakowane są w bardzo eleganckie i opisane kartoniki. Wszystko wygląda spójnie i estetycznie. W opakowaniach jedynie nie podobają mi się kosmetyki w tubkach. Jakoś do mnie nie przemawiają, ale ogólnie nie mogę się przyczepić. Pudry, bronzery, róże wyglądają obłędnie ze swoim sweterkowym wzorkiem. Zacznę od cieni i pudru w kamieniu.
Jeden cień mam foliowy - ten różowy, a drugi wypiekany. Oba mają rewelacyjną pigmentację i ładnie trzymają się oka. Ich wybór jest ogromny, a praca z nimi przyjemnością. Jeżeli jednak wolicie gotowe rozwiązania to z czystym sercem zdecydowanie polecam Wam zakup gotowych paletek, bo podczas warsztatów malowałam własnie głównie nimi i są one C U D O W N E! Puder natomiast ma bardzo aksamitną konsystencję, jest bardzo miałki, a wzór na jego powierzchni sprawia, że aż żal z niego korzystać. Przyznam szczerze, że jego na razie jedynie swatchowałam i pierwsze wrażenie jest dobre, ale na głębszą jego analizę jeszcze się pokuszę innym razem. 
Zdecydowanie polecam Wam jednak puder sypki ryżowy! On jest świetny! Bardzo drobno zmielony, pięknie matuje skórę na długo i wygląda na niej naprawdę dobrze. Posiada przekręcane sitko, które nie pozwala na wysypanie się pudru podczas niekorzystania z niego. Dodatkowo jest on tak maksymalnie zabezpieczony, że mnie samej trudno było się do niego dostać. Jedyny minus to nie zakręcane wieczko wierzchnie, a jedynie - mocno, ale jednak - nakładane. 
Korektor rozświetlający jest świetną opcją pod oczy. Ładnie wygląda, nie warzy się i przypudrowany trzyma się cały dzień. Dobrze też wygląda pod bazę do cieni. Mam odcień natural, który jest dla mnie delikatnie za ciemny, ale jasny fair jest w porządku, bo testowałam na warsztatach.
Dostałam też konturówkę w jasnym brudnym różu i kredkę do oczu czarną z drobinkami. Konturówka jest miękka i ładnie wyrysowuje się nią usta, a nawet wypełnia. Czarna kredka natomiast sprawia wrażenie twardej, ale w rzeczywistości przepięknie się rozciera, więc idealnie nadaje się do Smokey Eye. 
Tak wyglądają swatche: Czarna kredka, konturówka i korektor rozświetlający w odcieniu natural.
I na koniec baza matująco-wygładzająca. Bardzo dobra, trwała i ładnie współpracuje z różnymi podkładami. Nie zapchała mnie, ładnie pachnie. 
Ja z tych kosmetyków jestem zadowolona i przymierzam się do zakupu większej ilości cieni! Jedyne kosmetyki, które mi się nie sprawdziły to ich podkłady, ale to kwestia indywidualna, bo u innych sprawdzają się dobrze. Na mojej twarzy wyglądają bardzo średnio po kilku godzinach. Jako ciekawostkę Wam powiem, że te kosmetyki są jednymi z najbardziej cenionych przez Rosjan.
Link do sklepu: https://alepiekna.com/sklep/

Znacie markę?
Czytaj dalej »
Copyright © 2014 B L O N D L O V E , Blogger